Z PLECAKIEM – Blog podróżniczy

Birma potrafi irytować cz.1 Wrażliwcy – proszę nie czytać.

Birma. Do Bago dojechaliśmy nad ranem. Plan był taki aby obejrzeć miasto i ruszyć dalej. Obsługa autobusu, którym przyjechaliśmy wskazała nam na mężczyznę siedzącego na chodniku,  przy rozpadającym się stoliku pełnił rolę kasy biletowej. Chcieliśmy kupić bilet do Hpa An, do którego to w zasadzie jechaliśmy z Rangoon z malym stopem w Bago. Czery godziny zwiedzania i w drogę. Kupiliśmy bilety na autobus. Zwiedzanie miasta poszło w zasadzie zgodnie z planem. Odwiedziliśmy wszystkie bezpłatne miejsca ponieważ po prawie trzech tygodniach pobytu, Birma pokazała nam tyle miejsc gdzie był Budda, że nie mieliśmy ochoty płacić ekstra pieniędzy za oglądanie kolejnego, który jaki by tam nie był – największy/najmniejszy to to jednak kolejny Budda. Czekamy więc na nasz kochany autobus do Hpa An. Po pół godzinie zjawił się chłopak i pokazał abyśmy wsiedli do Tuk Tuka, zaś on nas podwiezie jak się później okazało na faktyczny przystanek autobusowy, co generalnie nas nie zdziwiło zbytnio choć myśleliśmy, że tym razem kasa biletowa równa się przystanek autobusowy.

Na dworcu autobusowym czekaliśmy znowu. Podjeżdżały kolejne duże autobusy, ale wciąż to nie był nasz. Po godzinie od czasu odjazdu i setnym pytaniu z naszej strony kiedy w końcu będzie autobus podjechało coś co wcale, wcale nie przypominało fajnego, wygodnego, dużego autobusu, na który kupiliśmy bilety. Podjechał 8 osobowy minibus. Tutaj drobna rada, którą nasz blog podróżniczy Wam udziela. Po Azji nie jeździ się miniwanami czy minibusami jeżeli nie jesteśmy zwolennikami mocnych wrażeń na drodze, warto się upewnić zanim kupi się bilet. Kierowcy takich minibusów jeżdżą zazwyczaj szybko i niebezpiecznie. Są to pojazdy niewygodne, a miejsca na nogi zawsze brak, czasem się zdarza, że swój bagaż trzyma się całą drogę na kolanach. Z początku myśleliśmy nawet, że to kolejna podwózka 2-3 kilometry i będzie prawdziwy autobus, ale jednak nie. Przed nami było 4-5 godzin w metalowej puszce. Birma – temperatura na zewnątrz 35-40 stopni. Klimatyzacja nie wyrabiała. Okna zamknięte bo jednak coś tam lepiej niż z wyłączona klimą czyli w środku pewnie 25-30 stopni. W busie zostało jedno wolne miejsce, bagaż zmieścił się do bagażnika więc po paru kilometrach kierowca stwierdził, że trzeba zapełnić wolna przestrzeń nowymi towarzyszami podróży i zatrzymał się aby zabrać dodatkowe 3 osoby. Jak się następnie okazało jedną z nich chciał nam wpakować na kolana. Wrodzona asertywność Magdy szybko jednak wybiła z głowy jakże “niewygodny” dla nas pomysł. Niepocieszony kierowca ruszył dalej bez nadbagażu w formie dodatkowych pasażerów.  Pojechaliśmy dalej naszym “VIP” pojazdem masz. Tłoczno i gorąco. Droga kręta, kierowca nie zwracał uwagi na ograniczenia prędkości.W pojeździe rzucało pasażerami z lewa na prawo z prawa na lewo. Jako, że w Azji spotkałem się wielokrotnie z sytuacją, w której to pasażerowie maja chorobę lokomocyjną, tak i teraz też się tak musiało przydarzyć. Jeden z siedzących, na szczęście przed nami, tuż przy drzwiach “wyrzucił” z siebie to co miał (a było tego sporo). Zawartość żołądka delikatnie zahaczając o ucho pasażera siedzącego przed nim wylądowała na szybie i drzwiach po chwili zaczynając skapywać na podłogę. Spojrzałem na Magdę, ona zerknęła w moim kierunku z lekko podniesionymi brwiami i skrzywioną buźką. Kierowca zdawało się nic sobie nie robił z całej sytuacji, nie zatrzymał się tylko jechał dalej. Zapach zaczął się rozprzestrzeniać po cały busie w zasadzie momentalnie. W tej temperaturze jego woń nad wyraz mocno gryzła w nozdrza powodując, że sąsiedzi po paru minutach zaczęli “bekać” na znak, że tez rzygać będą. W tym momencie spojrzałem na bladą Magdę, która już tylko siłą woli powstrzymywała odruch wymiotny. Wyobraziłem sobie, że za chwilę któryś z “bekaczy” nie wytrzyma i również puści pawia, potem będzie efekt domina. Wszyscy zaczną haftować na każdego, a potem utopimy się w jednym wielkim rzygu w tej gorącej klatce na kołach. Na szczęście kierowca zatrzymał się po kilkunastu kilometrach na stacji benzynowej i obmył samochód od środka, zapach tez jakby się oddalił. “Rzygacz” bo taka miał u nas ksywę już tylko bekał i z racji pustego żołądka nie był groźny. Po godzinie kierowca zrobił przerwę na obiad. Nie wiem jak Wy ale ja po problemach żołądkowych pewnie nie mógłbym patrzeć na jedzenie do końca dnia. Rzygacz natomiast pobiegł natychmiast coś zjeść bo przecież w końcu miał pusty żołądek….

rp_IMG_0449.jpg

Ruszyliśmy dalej, po pięciu minutach “rzygacz” zaczął znowu haftować … Na szczęście tym razem do torebki foliowej. Nasza wycieczka do Birmy…, za oknami przemykał nam piękny krajobraz, a mężczyzna przed nami co chwilę przypominał o swoim istnieniu robiąc jakże przeurocze “bueee”. Kierowca postanowił uprzyjemnić nam podróż muzyką. Fajnie. Czemu nie? A no dlatego nie, bo ta muzyka jest na cały regulator. Głowa puchnie, ciasno, rzuca na lewo i prawo, gorąco, facet rzyga, głośnik przy uchu…. Nie wytrzymuję i proszę o ściszenie muzyki. Reakcja znikoma. Grzecznie proszę drugi raz pokazuję na moje biedne uszy, reakcja w formie ściszenia, ale kierowca za chwilę pogłaśnia. Patrzymy z Magdą na siebie, ale dobra chwilowo odpuszczamy. W Birmie nie należy się denerwować i pokazywać zbytnio swojej frustracji (o obyczajach też coś napiszemy). Proszę po raz kolejny – sytuacja się powtarza, kierowca znów ściszył muzykę o połowę i po minucie znów pogłośnił. Z reguły staram się być miły, ale tym razem trudno sobie myślę, niech będzie, że jestem chamem z Europy. Krzyk wściekłości i gestykulacji z mojej strony na tyle wywarł wrażenie, że muzyka została wyłączona kompletnie.  Wzrok pasażerów co jakiś czas wracał na moją osobę… Dopiero po pewnym czasie kierowca włączył cichutko muzykę w smartfonie. Co chwilę zerkałem na mapę. GPS pokazywał nasze miejsce. Zbliżaliśmy się do Hpa An. Dojechaliśmy do skrzyżowania dróg na jakimś pustkowiu, kierowca zatrzymał busa i powiedział, że to tutaj. Spojrzałem na mapę na telefonie i mówię, że to przecież jeszcze kilka kilometrów do celu, ale kierowca uparty mówił, że tutaj należy wysiąść. Ja na to, że nie ma takiej opcji. Kupiliśmy bilety do Hpa An, a to nie tutaj, że ma nas tam zawieźć. Kierowca znowu się upierał, to wyciągnąłem bilety i znów zacząłem z całą stanowczością domagać się transportu do miejsca wskazanego na bilecie, gdzie było napisane Birma, Pha An, a nie gdzieś na skrzyżowaniu, z którego musielibyśmy wziąć Tuk-Tuka za kolejne zapewne 5 000 kyats. Nie ma mowy. Niestety i tym razem nie odbyło się bez uniesionego tonu. Pokazując bilet pasażerowie zainteresowali się jaką cenę zapłaciliśmy. Okazało się, że każdy z nich zapłacił po 3 500 kyats, zaś my po 10 000. To, że nas sprzedawca biletów wykiwał nie było czymś specjalnie zaskakującym, szczególnie jak się kupuje bilet w miejscu gdzie jest tylko jeden sprzedawca. Nasza złość okazała się jednak niczym w porównaniu do złości kierowcy, który w tym momencie zorientował się, że pośrednik dał mu pewnie jedną piątą sumy, którą zainkasował od nas. Uwierzcie, że w tym momencie chciało nam się bardziej śmiać z irytacji kierowcy niż być złym, że ktoś nas oszukał. Finalnie siny ze złości kierowca dowiózł nas do Hpa An, gdzie go bez żalu pożegnaliśmy.

Mimo tego, że Birma czasem irytuje to naprawdę godna polecenia. Zapraszam do zdjęć 🙂

  • Jasek

    Ale się uśmiałem z tego zdania “zaczęli “bekać” na znak, że tez rzygać będą”, bekanie w Birmie to taki przykry nawyk, dobrze, że pasażerowie nie żuli betelu.
    Pozdrowienia z Mandalaj 🙂

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij