Kaukaz spontanicznie

Autor zdjęcia: J. Wójtowicz

“-…jakie jest prawdopodobieństwo, że nas odnajdą, gdy spadniemy w dół na tym pustkowiu?
-Patrz jaki ten Kaukaz jest cudowny. Ach te widoki.
-Ja nie chcę tędy jechać, zaraz spadniemy w przepaść, nie zmieścimy się na tej drodze.
-Jakiś wodospad jest na naszej drodze…”

Ale po kolei.

Gruzja, Kaukaz

Kaukaz, Shatili, Wieże Rodowe

Wracaliśmy z Kazbegi. Marszrutka w kierunku Tbilisi miała odjechać za godzinę. Kierowca czekał, aż uzbiera się komplet ludzi. Szkoda czasu. Poszliśmy kawałek dalej, by zbliżyć się do granic miejscowości. Kilka machnięć i mamy TIR-a – czas zatrzymywania stopa w normie, czyli poniżej 5 minut.
W ciężarówce znajdowały się tylko dwa siedzenia: dla kierowcy i pasażera, mnie przypadła więc strasznie niewygodna dziura pomiędzy. Na szczęście kierowca zauważył mój dyskomfort dosyć szybko, zatrzymał pojazd i dał mi krzesełko turystyczne. Tak to moje kolana, stawy i „cztery litery” osiągnęły błogostan na kilkadziesiąt kilometrów.  Magda wzięła mapę i zaczęła dłubać po niej palcem i wydłubała jakiś punkt na granicy z Czeczenią, bo przypomniało się jej, że coś ciekawego czytała o tamtym miejscu. Pokiwałem z aprobatą, zerkając od niechcenia na mapę, gdzie pokazywana droga miała szerokość pajęczej nitki i prowadziła do Shatili, a potem, kawałek dalej, do Mutso.

 

Gruzja, Kaukaz

Kaukaz. Wieże rodowe w Mutso

 

Wysiedliśmy w Zhinvali. Nieopodal zobaczyliśmy mężczyznę pilnującego trzodę. Zapytaliśmy o drogę do Shatili, na co on wskazał, że musimy się cofnąć paręset metrów. Zaproponował, że nas podwiezie swoją Ladą 1500, która wyglądała, jakby stanowiła jeden z pierwszych egzemplarzy wyprodukowanych na świecie, nigdy nietknięta remontem. Parę minut później sympatyczny starszy pan wysadził nas na skrzyżowaniu i pokazał kierunek, machając na pożegnanie.

Poszliśmy. Minęliśmy mostek i dostrzegliśmy sklep spożywczy, a obok niego coś w rodzaju przystanku dla marszrutek. Jest dobrze – stwierdziliśmy. Podjedzie busik za maksymalnie godzinę lub dwie i pojedziemy sobie spokojnie do Mutso. Jak się potem okazało, marszrutka faktycznie miała jechać w tamtą stronę, ale nie za dwie godziny, ale za dwa dni… Częstotliwość kursów była, lekko mówiąc, zachwiana, i odbywała się dwa razy na tydzień i tylko w porze leprze jednej (czytaj: letniej). No cóż. Przyjechaliśmy tu stopem, to i dotrzemy do celu też stopem. Przed dalszą drogą zrobiliśmy w sklepiku drobne zakupy na kolejne dwa dni. Jak ostrzegały nas blogerskie źródła, kiepsko tam ze sklepami z żywnością (jak się później okazało, warto czytać blogi). Zrobiło się późno, więc się postanowiliśmy się zbierać. Szliśmy parę minut ulicy, czasem tylko przejechał jakiś rower czy lokalny samochód niezamierzający „wychylić się” poza miejscowość. Doszliśmy do rogatek i zobaczyliśmy powoli zbliżającego się Kamaza. Machnąłem ręką, samochód się zatrzymał, zaskrzypiały drzwi. W środku zobaczyliśmy dwóch tęgich Gruzinów. Na widok naszych plecaków (=obcokrajowcy) użyli rosyjskiego, którego nie zrozumiałem, ale przecież logiczne, że pytali, dokąd jedziemy. Powiedziałem więc, że jedziemy do Shatili, na co jeden z nich odparł, że „nie Shatili”, mamy jednak wsiadać… Spojrzałem na Magdę pytającym wzrokiem, mówiącym: „Gdzie oni jadą?”. Istniała tam tylko jedna droga, więc doszliśmy do wniosku, że dopytamy się na spokojnie w czasie podróży.
Zaskrzypiała skrzynia biegów, Kamaz powoli i ociężale ruszył z miejsca. Po krótkiej wymianie uprzejmości poznaliśmy imiona naszych nowych znajomych: Mamuka i  Temur.  Jechali w kierunku Shatili, daleko w góry, ponieważ mieli tam zamówienie na dostawę materiałów budowlanych.  Wyjaśniło się też, co mieli na myśli, mówiąc „nie Shatili”. Chodziło o to, że po drodze muszą jeszcze zapakować ciężarówkę drewnem oraz cementem.

– Dobra – powiedziałem więc do Magdy – jak będą ładować towar, to poszukam kolejnej okazji do Mutso.

Droga zaczęła się całkiem przyzwoicie. Rozmawialiśmy trochę po rosyjsku, trochę na migi, generalnie zrobiło się sympatycznie, a ochota zmiany pojazdu na inny, bardziej wypasiony, odeszła w dal. Dotarliśmy na miejsce załadunku. W czasie gdy nasi towarzysze zajęli się ładowaniem paki Kamaza, czekaliśmy, obserwując drogę, którą mieliśmy jechać… i w zasadzie skończyło się na obserwacji drogi, gdyż za nami nie jechał już żaden samochód…

Kamaz został załadowany i pojechaliśmy dalej. Zaczęliśmy podziwiać wspaniały Kakukaz w promieniach zachodzącego słońca.

Dziki Kaukaz

Kaukaz. Droga do Shatili i Mutso

Kaukaz

Droga do Shatili i Mutso

Z początku znowu żwawo, ale po kilku kilometrach stan drogi na tyle się pogorszył, że trzeba było zwolnić. Z jednej strony zaczęła wyrastać pionowa ściana, zaś droga drastycznie zwężyła się, z drugiej strony ciągnęła się pourywana droga i poszarpane brzegi, za którymi straszyła co jakiś czas większa lub mniejsza przepaść.

Z uwagą patrzyłem, jak kierowca ciężarówki radzi sobie z zakrętami oraz przewężeniami. Samochód zwalniał coraz bardziej, aż w końcu sunął powoli jak żółw. Na drodze można było zauważyć gdzieniegdzie mniejsze lub większe kamienie, które odpadły ze ściany. Zastanawialiśmy się z Magdą, jak często trafiają się takie odłamki i jakie jest prawdopodobieństwo, że któryś z nich będzie większy i w nas trafi.

(ZDJĘCIĄ Z DROGI POWROTNEJ. DO MUTSO JECHALIŚMY W NOCY)

Góry Kakukazu

Kaukaz. Droga do Shatili i Mutso

Góry Kaukazu

Spływająca woda z górskich ścian

Po jakimś czasie ściemniło się znacznie i drogę oświetlały już tylko kiepskie światła ciężarówki.  Kilkakrotnie mijaliśmy drobne wodospady, zaś małe strumyki z nich wynikające często przecinały naszą, jakże wąską drogę, znajdując swoje ujście w zboczu poniżej.

Kaukaz

Kaukaz. Przepływająca woda przez drogę

Kamaz radził sobie dzielnie, niekiedy tylko głośniej pomrukując. Słyszeliśmy też, że gdzieś poniżej nas płynie strumyk lub rzeczka. Nie widzieliśmy ich, było zbyt ciemno. Oczy Kamaza co jakiś czas rozświetlały przeciwległe stoki gór, wśród których wiła się nasza droga.

Piękne góry Kaukazu

Kaukaz

Piękne góry Kaukazu

Kaukaz

Ciężarówka często niebezpiecznie podjeżdżała do jej krawędzi, powodując tym samym automatycznie podejście naszych żołądków w kierunku gardła.

W takich sytuacjach człowiek się zastanawia, jakie jest prawdopodobieństwo, że nas odnajdą, gdy spadniemy w dół na tym pustkowiu. Jak widać, dramatyzm był nieco (ale tylko trochę) przesadzony, bo w końcu piszę ten artykuł, a to znaczy, że Kamaz dojechał, a my razem z nim, więc tym razem obyło się bez większych ofiar. Z wyjątkiem mojej ręki.  Jako że dłoń Magdy samoistnie zaciskała się przy każdej niebezpiecznej sytuacji, a było ich sporo, to moja ręka nadawała się do tego, aby ją całą zabandażować –  była cała poszarpana przez jej paznokcie…

Jechaliśmy w przekonaniu, że są to miejscowi kierowcy i znają tę trasę jak własną kieszeń. To nas podtrzymywało na duchu do momentu, gdy dotarliśmy do jakiejś osady głęboko w górach. Stało tam może ze 4-5 domów.

Górska osada

Kaukaz. Górska osada

Droga w tej miejscowości rozwidlała się i tam właśnie się zatrzymaliśmy. I wtedy Tamur i Mamuka zaczęli rozmawiać ze sobą i o czymś dyskutować. Po chwili jeden z nich wyciągnął telefon i gdzieś zadzwonił. Z rozmowy wynikało, że pyta się o drogę… Ruszyliśmy więc dalej ze świadomością, że kolejny odcinek trasy jest nieznany zarówno dla nas, jak i dla Gruzinów…

W Gruzji przy drodze często można zauważyć kapliczki ku czci zmarłych. Czytaliśmy, że w niektórych regionach, szczególnie górzystych, to taki zwyczaj wspominania zmarłego.  W kapliczkach zwykle stoi kieliszek, a obok niego butelka Czaczy (gruziński  samogon).  Gdy przejeżdżasz obok kapliczki znajomego, należy wypić za jego pamięć. Gdy butelki brak lub jest pusta, wyjmuje się własną z bagażnika i też można wypić. W Gruzji każdy zna wszystkich, każdy jest czyimś krewnym albo znajomym i wypada wypić za ich zdrowie.

Zastanawialiśmy się, dlaczego przy naszej drodze znajduje się zdecydowanie więcej kapliczek, ale ostatecznie nie chcieliśmy znać nasuwającej nam się odpowiedzi. Gdy w którymś momencie zatrzymaliśmy się przy takiej kapliczce, kierowca wysiadł. Magda stwierdziła, że na pewno będą teraz pili za pamięć zmarłego, a przed nami przecież taka straszna droga. No, nie ukrywam, że wpadłem w lekką panikę, czekając na rozwój sytuacji. Gdy Temur wrócił, zapytał się nas o butelkę. Okazało się, że kierowcy byli odpowiedzialni i nie prowadzili po alkoholu, zaś zatrzymali się tylko po to, żeby zaczerpnąć wody.

Kapliczki przy górskich drogach to również źródełka. Jest na nich napisane, ku czci kogo stoi taka kapliczka, data jego śmierci i tak dalej. Można było zamontować zwykły kranik i zrobić źródełko, ale dzięki temu można przystanąć, wspomnieć daną osobę. To taka forma refleksji nad zmarłym i życiem.

Kapliczka

Kaukaz. Kapliczka

W Gruzji wielokrotnie piliśmy wodę z takich źródełek – jest pyszna i moim zdaniem krystalicznie czysta. Po powrocie do Polski czytałem, że komuś zaszkodziła, że niby inna flora bakteryjna itp. Nam przez dwa tygodnie nic nie było, a wodę polecam szczególnie tę w rejonach górskich, obowiązkowo w Borjomi.

Po odpoczynku przy kapliczce sunęliśmy niczym czołg, bardzo powoli wspinając się coraz wyżej i wyżej, aby na wysokości około 2700 m n.p.m. minąć przełęcz. Gruzini jechali tędy po raz pierwszy, dlatego kierowali baaardzo ostrożnie, bacznie obserwując każdy wyłom i nierówność w drodze lub ewentualnie zauważyć w porę brak drogi.  Sześć godzin zajęło nam przejechanie tylko 50 km. Czy to wolno? Teoretycznie tak. Biorąc jednak pod uwagę noc, górskie warunki, przepaście, wąską drogę, rzeczki itp., można polemizować.

 

W okolice Shatili dotarliśmy około pierwszej w nocy i paręset metrów za osadą znaleźliśmy miejsce na odpoczynek.

Wieże Rodowe w Shatili

Kaukaz. Wieże Rodowe w Shatili

 

Wypakowaliśmy się z samochodu, ciesząc się, że mamy w końcu bezpieczny kawałek ziemi pod nogami. Nareszcie też przydał się namiot, który nosiłem przytroczony do plecaka. Nasz „dom” stanął na małej polanie gdzieś w górach Kaukazu, przy granicy Gruzji z Czeczenią.

 

Opiekunowie zawołali nas, gdy tylko skończyliśmy „budowę”, na prawdziwą (jak na tamte warunki) ucztę w plenerze. Z plecaka wygrzebałem Czaczę, którą kupiłem, gdy zwiedzaliśmy Mchetę. Usiedliśmy na trawie. Pomidorki, ogóreczki z domowego ogrodu, gruziński chlebek, domowa wędlina. Gdzieś na końcu świata zaczęliśmy suprę (uczta po gruzińsku) pod chmurami, daleko od świata i cywilizacji. Mamuka wyjął z szoferki „kieliszki”, takie trochę survivalowe – plastikowe butelki z zakręconą nakrętką, ucięte u góry. Taki sprzęt doskonale sprawdzał w naszych warunkach.  Jako ambasador Polski na obczyźnie podziękowałem za gościnę i pomoc w drodze, otwierając 60% samogon, który kupiłem w okolicach Tbilisi (litr za 10 zł) i częstując Gruzinów. Temur jako odpowiedzialny kierowca wypił dla towarzystwa dwa kieliszki, po czym odmówił więcej, mówiąc, że jutro prowadzi. Mamuka również z grzeczności wypił dwa kieliszki (moim zdaniem doskonałego bimbru) i powiedział, że moja 60% Czacza jest “slaba”, po czym otworzył alkohol własnej produkcji, znacznie mocniejszy (na samo wspomnienie robi mi się nie tylko “slabo”, ale i słabo). Zaczęły się toasty za Gruzję, za Polskę, za was, za nas itd. Co było dalej, wiem z opowiadań Magdy. Po godzinie doskonale władałem nie tylko rosyjskim, ale i po gruzińskim, a – co ciekawe – Mamuka był równie pilnym uczniem i nauczył się polskiego. Tak czas mijał na „rozmowach” o rzeczach zapewne ważnych dla świata i ludzkości….

Nasz namiot

Kaukaz. Tu nocowaliśmy 😉

Po jakimś czasie Magda, nie mogąc słuchać naszych, jakże cudownych, wywodów, zniknęła w namiocie. Ja zaś postanowiłem do niej dołączyć, ale niestety miałem ogromne trudności ze znalezieniem „drzwi” i bez pomocy Magdy nie dałbym rady wsunąć się do namiotowego „salonu”.

Na drugi dzień mój stan postrzegania rzeczy dziejących się dookoła był lekko zachwiany. Zresztą, jak pijesz z Gruzinem, to wiedz, że konsekwencje tego być muszą!!! Z satysfakcją spoglądałem na Mamukę, który, mimo że dwa razy większy, czuł się tylko nieznacznie lepiej ode mnie.

Ruszyliśmy dalej do Musto. Naprawdę mieliśmy szczęście, że zmierzając w kierunku, gdzie nic nie jeździ, znaleźliśmy samochód, który nas zawiózł na samo miejsce – prawdziwy kaukaski koniec świata.

Temur i Mamuka zaproponowali, że nas zabiorą z powrotem, jak rozładują ciężarówkę. Bez chwili namysłu zgodziliśmy się na ich propozycję. Mieliśmy więc kilka godzin na spokojne zwiedzanie okolicy.

Mutso to nawet nie osada, a raczej pustelnia na wysokości ok. 1880 m n.p.m. Mieszka tam jeden człowiek (lub rodzina). Tak jak w Mestii możemy podziwiać w tym miejscu wieże rodowe. To trudno dostępne miejsce zachowało swoją historyczna architekturę, ale występujące tam zabytki są jednymi z najbardziej zagrożonych w Gruzji. Nie wszystkie przetrwały do naszych czasów. Wiele z nich wzniesiono tysiąc lat temu. Służyły do obrony przed różnego rodzaju armiami, feudałami oraz – co najważniejsze – sąsiednimi klanami.

Przeprawa przez rzekę

Kaukaz. Przeprawa przez rzekę

Okolice Mutso to zapierające dech w piersiach krajobrazy. Prawdziwy raj dla tych, którzy chcą uprawiać górski trekking.

Dla wszystkich, których znudziły utarte szlaki i chcą zobaczyć coś więcej. Tam właśnie znajdziecie prawdziwy i nietknięty Kaukaz.

Droga do Shatili i Mutso to jedno z naszych najwspanialszych wspomnień. Na pewno żadne zorganizowane wycieczki do Gruzji nie zapewnią Wam pełnego zwiedzania Kaukazu. Gruzja to nie tylko zabytki, których jest tam mnóstwo, ale też niesamowicie gościnni ludzie, a przynajmniej my tylko takich spotkaliśmy. Wybierając sie samodzielnie do Gruzji, miejcie jednak na względzie, że wielu z nich jest zapewne mniej majętnych od Was, często ubogich. Nie należy wykorzystywać ich uprzejmości na zasadzie „dają, to biorę”. Gruzini to bardzo dumny naród, ugoszczą Cię, a potem przez miesiąc będą pościć, bo wydali ucztę na Twoją cześć. Pamiętajmy, że każdy z nas jest ambasadorem własnego kraju, jesteśmy tam bardzo lubiani, nie popsujcie tego. Oczywiście z drobnymi rzeczami nie ma problemu, bo czasem mogliby się obrazić, gdybyście nie skorzystali z zaproszenia, ale branie należy wyważyć i czasem pomyśleć, czy aby nie wykorzystujemy drugiej strony.

 

Gruzja 2014

 

 

 

 

 

 

  • stoda

    W Gruzji można bez problemu biwakować wszędzie? 🙂

    • Nie tam z tym najmniejszego problemu. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że jak miejscowi zobaczą Cię biwakującego w ich pobliżu to zaproszą Cię do siebie na gościnę 😉

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij