Chorwacja 2013

Wczasy Chorwacja 2013.21.07. – 02.08.

Moją tegoroczną relację z wczasów zacznę od stwierdzenia, nie odkrywającego zresztą Ameryki, że Hvar jest przepiękny. Dodam również i to, co z pewnością nie wszystkim jest znane, że Slawonia (Slavonija) również jest fascynująca. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się tam na parę dni. Będę wszystkich namawiał, by jadąc nad Adriatyk lub wracając znad niego „wstąpili” na parę dni do tej pięknej krainy. Przekonają się wszyscy, że Chorwacja kontynentalna również jest godna uwagi. To gwoli wstępu, a teraz już relacja zgodnie z kolejnością wydarzeń.

Plan tegorocznego wyjazdu mamy już sprecyzowany od dawna. Najpierw jedziemy na wyspę Hvar, gdzie zamierzamy być ponad tydzień. W tym czasie chcemy zwiedzić i obejrzeć wszystko co jest najciekawsze na tej wyspie. Potem przejazd przez cały Hvar do Sućuraju, by promem przeprawić się na ląd, a dalej kierując się przez Bośnię i Hercegowinę dotrzeć do Slawonii. Po drodze przerwa na Sarajewo. To plan, a jak z realizacją zobaczymy. Wyruszamy wczesnym rankiem (dla mnie zbyt wczesnym) jadąc tym razem w kierunku Słowacji i Węgier. Trasę taką wybrałem z dwóch powodów. Po pierwsze ze Slawonii jest bliżej do granicy węgierskiej, a po drugie jadąc w kierunku wybrzeża zamierzaliśmy „zahaczyć” o Čakovec, miasteczko leżące pomiędzy rzekami Murą i Drawą. Ponadto, jako, że jechaliśmy w niedzielę, liczyłem na to, że „słynna” 86 będzie pusta. I nie pomyliłem się. Żadnych TIR-ów i ciężkiego transportu. Pusta droga. Niestety jej stan nie jest najlepszy. Jeszcze do Csorny jako tako, ale potem to już tylko koleiny i nierówności. Poprawa następuje koło Szombathely i to tak skutecznie, że nawet jedzie się dwupasmówką. Widać zresztą, że trwa tam budowa przypuszczalnie autostrady. Także co rusz, a będziemy mieli kolejną wygodną drogę w kierunku Chorwacji, ale pewnie płatną. O Słowacji nic nie wspominam, bo dojazd z Cieszyna do Żyliny to osobna historia (kiedy wreszcie Słowacy zrobią z tym porządek?), a autostrada, jak to przy niedzieli, była pusta, więc bez historii.

Čakovec

W Čakovcu jesteśmy koło 10,00. Robimy dłuższą przerwę, by zwiedzić to sympatyczne miasteczko, leżące w najbardziej na północ wysuniętym regionie Chorwacji – Međimurje (w dowolnym tłumaczeniu Międzymurze, ale nie od muru, a od rzeki Mura ). Miasto Čakovec to największe miasto tego regionu, będące jednocześnie jego stolicą. Pierwsza osada powstała już za czasów rzymskich i nosiła nazwę Aqua. Obecną nazwę miasto zawdzięcza grafowi Dimitremu Csaky, który wybudował tu w XIII wieku pierwszą twierdzę.

Największy rozkwit miasta nastąpił w XVI wieku, kiedy właścicielem miasta został ród Zrinskich -możnowładców chorwackich, którzy wybudowali twierdzę. Istnieje ona do dnia dzisiejszego i mieści się w niej Muzeum Međimurja. Cała twierdza okolona była murami obronnymi, które w niewielkim stopniu zachowały się do dzisiaj i fosą, zasypaną dopiero w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, przede wszystkim z powodu wielkich chmar komarów. Wychodząc z pięknego przy zamkowego parku wchodzimy na miejski deptak i od razu rzucają nam się w oczy dwie budowle. Po lewej ta współczesna, to centrum kultury, z drugą co do wielkości w Chorwacji salą widowiskową, a po prawej, chyba najpiękniejszy budynek miasta – budynek kasyna handlowego (Trgovački kasino) z 1903 roku. Budynek ,w tylu secesji z białymi fasadami i ceglanymi zdobieniami, wybudowano dla čakoveckiego stowarzyszenia handlowego, a dzisiaj znajduje się tam siedziba związków zawodowych. Dalej spacerując promenadą Kralja Tomislava dochodzimy do barokowego kościoła św. Mikołaja i klasztoru Franciszkanów, wybudowanych z początku XVIII wieku w miejscu wcześniej istniejących, ale całkowicie spalonych w 1699 roku. Spacer kończymy smaczną kawą wypitą w jednym z licznych lokali pieszej promenady. Jest koło 12.00, kiedy ruszamy w kierunku Kašteli. Tam czeka na nas Ante, przyjaciel u którego zanocujemy przed wyruszeniem na Hvar. Do Kašteli przybywamy koło 17.00, witani wspaniałą kolacją. Mięso, čevapi i jarzyny z grila, sałatka warzywna i oczywiście wspaniałe „domače” wino. Po kolacji sentymentalny spacer po Kaštelach z wizytą w hotelu Palace, a w zasadzie w jego resztkach, bowiem w 2006 roku został zburzony i od tego czasu nic się nie robi, by w jego miejscu powstało coś nowego. Zmęczeni, ale zadowoleni, że dojechaliśmy szczęśliwie do wybrzeża, kładziemy się spać. Wszak przed nami kolejny dzień pełen wrażeń. Ranek to szybkie wstawanie i szybkie śniadanie. Potem pakowanie rzeczy, pożegnanie z przyjacielem i jazda do Splitu, na prom. Po przyjeździe do miasta od razu ustawiamy się w kolejce do promu i idziemy kupić bilety. Jako, że zostało nam do odpłynięcia promu na Hvar niecałe dwie godziny udajemy się do centrum na Perystyl. Dla nas tajemne miejsce, gdzie moglibyśmy przebywać wieczność. Obserwować tłumy ludzi, podziwiać nieprzeciętną architekturę i co jakiś czas posłuchać klimatycznej „klapy”. Magia miejsca jest niesamowita, tym bardziej, że ostatnio odrestaurowano prawie cały Perystyl. My jednak musimy iść na prom, a po drodze wypić jeszcze wspaniałe macchiato. Mamy taką knajpkę, gdzie według nas podają najlepszą kawę w Chorwacji. Siadamy do samochodu i wjeżdżamy na prom, który nas zawiezie na magiczną, lawendową wyspę Hvar. Na promie okazuje się, że jest też właściciel naszego apartamentu. Krótka z nim rozmowa i wiemy jak do niego trafić. Podziwiając piękne widoki po dwóch godzinach dopływamy do Starigo Gradu, skąd od razu jedziemy do Jelsy, gdzie jest nasz apartament.

Hvar

Wyspa Hvar to druga co do wielkości wyspa wybrzeża dalmatyńskiego, a czwarta w ogóle. To również jedna z najdłuższych wysp chorwackich, bo liczy około 70 km. Jest jedną z najbardziej nasłonecznionych wysp, przez co zwana słoneczną wyspą. Tych przymiotników określających wyspę jest zresztą więcej, bo to i „lawendowa wyspa” i chorwacka „Madera”. A tak w ogóle to nazwa wyspy pochodzi od osady Pharos (latarnia morska) założonej przez Greków w miejscu dzisiejszego Starigo Gradu. Rzymianie wyspę Hvar nazywali Pharia, a dalmatyńską nazwą było Fara, od której Chorwaci utworzyli Hvar. Wyspa w przeważającej mierze jest wyspą górzystą, co zresztą znakomicie widać poruszając się po niej, szczególnie tymi starymi drogami. Najwyższe szczyty wyspy to Sv. Nikola (626 m n.p.m.) i Humac ( 603 m n.p.m.). Wyspę zamieszkiwali ludzie na długo przed naszą erą. W jednej z licznych jaskiń Hvaru – Grapčeva Špilja – odkryto rysunki łodzi liczące ponad 5 000 lat. Do IV w p.n.e. wyspę zamieszkiwali Ilirowie, którzy musieli ustąpić miejsca Grekom coraz częściej przybywającym na Hvar. Założyli oni wcześniej wspomniane miasto Pharos, a w miejscu dzisiejszego Hvaru (miasta) osadę Dimos. II w p.n.e. to początek panowania na wyspie Rzymian. Wtedy też powstało najwięcej osad, zarówno tych na wybrzeżu jak i w głębi wyspy. W VII wieku, już naszej ery, na wyspę przybywają chorwaccy neretwanie „przynosząc” ze sobą słowiańską kulturę. Taka sytuacja panuje do 1420 roku, kiedy wyspę zajmują Wenecjanie, sprawując pieczę nad nią do swojego upadku czyli do 1797 roku. Po Wenecji, Hvar należy do monarchii austriackiej, aż do I wojny światowej z krótką przerwą, kiedy wyspą rządził Napoleon. Traktatem w Rapallo, Hvar został przyznany Królestwu SHS, a po II wojnie światowej stał się częścią FSR Jugosławii, by od 1991 r oku być częścią Republiki Chorwackiej. Po tym krótkim rysie geograficzno – historycznym wracam do relacji. Ze znalezieniem apartamentu nie mieliśmy żadnego problemu. Czekał na nas właściciel witając domowym winem własnej produkcji, które w najbliższych dniach często od niego kupowaliśmy, bo było bardzo dobre. Apartament piękny, czysty i z dużym tarasem, nad którym rosło dzikie wino. Jest super. Szybkie rozpakowanie i ruszamy na poszukiwanie plaży, bo gorąc niesamowity, a ciała domagają się ochłody. Za radą „naszego” Vinko (gospodarz) jedziemy na plażę Grabišće. Trafiamy bez problemu, rozlokowujemy się z naszym sprzętem (leżaki, lodówka itp.) i odpoczywamy. Plaża może ładna, ale nas jakoś za bardzo nie zachwyciła i postanawiamy, że w następnych dniach poszukamy coś bardziej nam przyjaznego. Po powrocie z plaży idziemy zapoznać się z Jelsą. Miasteczko to położne jest nad malowniczą zatoką leżącą w północnej części wyspy. Założyli go w XV wieku rybacy z wioski Pitava znajdującej się w głębi wyspy. Osadnictwo do początku XIX wieku było ograniczone z uwagi na wiele bagnistych terenów. Dopiero osuszenie bagien spowodowało, że powstał port, a wokół niego budowano domy, stąd architektura Jelsy ma XIX wieczny charakter. Do centrum wchodzimy od strony pięknego parku, który również powstał w wyniku osuszenia terenów bagiennych. Park uznawany jest za najładniejszy w Dalmacji. W samym centrum Jelsy znajduje się „Pjaca” – główny plac, na którym toczy się życie miasta. Wczesnym rankiem konoby i kawiarnie okupowane są przez miejscowych pijących tradycyjną poranną kawę, a popołudniu i wieczorem królują tu turyści delektując się przysmakami chorwackiej kuchni. Przechodząc plac na drugą stronę i wchodząc w wąskie uliczki dochodzimy do kościoła NMP (crkva sv. Marije) z 1331 r. Później, początkiem XVI wieku zostaje przebudowany poprzez dobudowanie absydy i fortyfikacji. Włócząc się pięknymi, wąskimi uliczkami, a zaglądamy prawie w każdy zakamarek, natrafiamy na malutki placyk świętego Jana (Trg sv. Ivan) z kościółkiem o tej samej nazwie co plac. Wokół tego ośmiokątnego kościółka śliczne barokowe kamienice. W ogóle można powiedzieć, że „stara” Jelsa jest niepozorna, jakby mało widoczna, ale jak wejdzie się w te wąskie uliczki, placyki to można z podziwu zatracić poczucie czasu. Nam o powrocie do rzeczywistości przypomniały puste żołądki. Za strzałkami i po zapachu trafiamy do restauracji Turan. Chyba trafiliśmy dobrze, bo siedząc na tarasie mieliśmy nad głowami kiwi, mandarynki i cytryny. Pięknie. Zamawiamy na przystawkę suszone figi z rożna owijane w pršut – palce lizać, a jako danie główne pašticada z njokami (małe kluseczki), równie dobre jak przystawka. Do tego oczywiście dobre hvarskie wino. Gwoli informacji pašticada to tradycyjna dalmatyńska potrawa z mięsa wołowego. Przygotowanie tej potrawy jest trochę skomplikowane. Wiem jednak, że mięso trzeba najpierw obłożyć słoniną, posolić, posmarować musztardą i odstawić na minimum 2 godziny. Potem należy go piec z każdej strony na gorącej oliwie, a następnie jeszcze w jarzynach i owocach (śliwki, figi) i oczywiście trzeba dodać pełno różnych ziół i przypraw. Nie wiem jak to dokładnie przyrządzać i piec. Wiem jednak, że jak jest to dobrze zrobione, to jest to przepyszne. Po powrocie do naszego apartamentu na stole stało wino od Vinko. Co było robić, trza było trochę go (wina nie Vinka) popróbować. Nie za dużo, bo na jutro mamy zaplanowane mrożące krew w żyłach trasy po południowej stronie wyspy. Budzimy się o pięknym poranku. Szybki wypad po świeże pieczywo, śniadanie i ruszamy na spotkanie z przygodą. Kierujemy się do wioski Pitve, gdzie znajduje się słynny tunel prowadzący na drugą stronę wyspy. Pniemy się w górę, tak że co chwila mamy piękne widoki na Jelsę i okolicę. Dojeżdżamy do tunelu, przed nami kilka samochodów, bo jest czerwone światło. Dobrze, że ruch kierowany jest światłami, bo bez nich byłby problem z jego przejechaniem. Tunel powstał w 1962 roku, by można nim poprowadzić wodę rurami do miejscowości z drugiej strony gór. Jego szerokość wynosi więc tylko 2,50 metra, a wysokość 2,20 metra. Są tam wewnątrz wprawdzie dwie „mijanki”, ale przy tej ilości samochodów, w ciemnym tunelu i tak byłby problem. Zapala się zielone światło. Przed nami 1400 metrów wykutego w skale tunelu. Miny z początku mamy chyba nietęgie. W życiu nie jechaliśmy takim wąskim i niskim tunelem. Nie było jednak czasu zastanawiać się nad tym. Przed i za nami jadą samochody. Nie mamy wyboru, my też musimy jechać. Tunel robi jednak wrażenie, choć jadąc nim jeszcze raz nie było już tych emocji jak za pierwszym razem.

Po paru minutach widzimy światełko w tunelu, a dalej piękno południowej strony Hvaru. Pod nami Zavala i tam też się udajemy. To typowo turystyczna miejscowość, która mam wrażenie, po sezonie jest pusta. No może mieszka tam paru mieszkańców, ale nie jestem tego pewny. Zresztą, myślę, że dotyczy to wszystkich miejscowości z tej strony wyspy. Co nie przeszkadza w żadnym wypadku, że jest tam przepięknie. W Zavali spacerujemy plażą i szukamy możliwości przedostania się na wyspę Šćedro. Nasze poszukiwania były pewnie mało intensywne, bo nie udało się nam popłynąć. Co nie udało się teraz drugim razem pewnie wyjdzie. Jedziemy dalej. Najpierw w kierunku Gromin Dolac. Droga jednak była co raz to gorsza, a plaże w dole, do których trzeba by daleko i stromo iść. Zawracamy i kierujemy się na Ivan Dolac w poszukiwaniu jakiejś plaży, bo nasze organizmy sygnalizowały przegrzanie. Ivan Dolac jakoś nas nie zachwycił i po krótkim spacerze jedziemy dalej dojeżdżając do Jagodnej – plaży. Z tej starej i wyżej położonej Jagodny były piękne widoki, ale my chcieliśmy wody. I znaleźliśmy to czego szukaliśmy. Plaża prawie bez ludzi, woda krystaliczna i ciepła. Siedząc na leżakach woda „chlupała” nam po nogach. Istny raj na ziemi. To nic że południe i żar lał się z nieba. Wtedy nam to nie przeszkadzało. I tak do trzeciej popołudniu. Jedziemy dalej do Sv. Nedjelji, wioski pięknie położonej, bo pod najwyższym szczytem Hvaru – Sv. Nikola. Nad wioską jest też jaskinia, w której w czasach średniowiecznych znajdował się klasztor Augustynów. Został on zlikwidowany w 1787 roku. Pozostała tylko mała kapliczka. Z kolei przed wioską znajdują się dwie małe wysepki zwane Lukavci. Na jednej z nich jest latarnia morska. My najpierw jedziemy nad wioskę, by zobaczyć pięknie położony na wzgórzu kościółek. Rozciąga się stamtąd przepiękny widok. Wiedzieliśmy, że Sv. Nedjelja słynie z produkcji jednych z lepszych hvarskich win, nie przypuszczaliśmy jednak, że winiarnia znajduje się w bezpośredniej bliskości kościoła. U nas nie do pomyślenia. Dobra jakość win z tej strony wyspy wynika z odpowiedniego nasłonecznienia południowych stoków. Jedziemy w dół, by obejrzeć plaże i słynne drzewo rosnące na końcu jednej z nich. Postanawiamy nie wracać przez tunel, ale jechać tzw. makadamem, czyli drogą kamienisto – żwirową łączącą Sv. Nedelje z Dubovicą. Wybór okazał się ze wszech miar słuszny, aczkolwiek nie do końca przemyślany. Nie byliśmy świadomi i nie mieliśmy, pojęcia co jest to za droga i nie chodziło tu bynajmniej o nawierzchnię. Ludziom ze słabymi nerwami i lękiem wysokości nie radzimy jechać tą drogą. Ci, którzy chcą jednak przeżyć wspaniałe chwile, zobaczyć piękne widoki i podnieść stopień adrenaliny w organizmie to muszą koniecznie pokonać tę trasę. Coś fantastycznego i niezapomnianego. Takich widoków to jeszcze nie widzieliśmy. Ogromne skały wznoszące się nad nami (w końcu nad nami Sv. Nikola), a pod nami przepastne urwiska i klify spadające do samego morza. Mijamy się z dwoma samochodami, co nie jest takie proste, bo droga wąska. Całe szczęście my jesteśmy od strony skał wznoszących się w górę, oni mają pod sobą przepaście. Widzimy strach w ich oczach. Nasze oczy pewnie nie wyglądały lepiej. Udało się. Znalazło się małe wgłębienie w skale. Można było się tam „wciść”. Jedziemy dalej. Pod nami plaża Lučišće. Piękna, ale tam trzeba do niej dojść stromym zboczem. Są tacy co to zrobili, bo ich widzimy. My się jednak na to nie decydujemy. Zdecydowanie wolimy plaże z łatwiejszym dojściem. Kolejne klify przed nami – Crvene stijene. To nie są już żarty. Wypadek w tym miejscu musiałby się zaliczać chyba już do wypadków lotniczych. Widok jest jednak jedyny w swoim rodzaju i nie do zapomnienia. Jeszcze trochę tej dogi i widzimy plażę w Dubowicy. Dowód, że zbliżamy się do głównej drogi prowadzącej ze Starigo Gradu do Hvaru. I tak się dzieje. Jedno wiemy na pewno, po przejechaniu tej trasy. Nic na nas nie wywarło takiego wrażenia jak właśnie ta droga. I każdemu kto ma trochę odwagi w sobie będziemy ją gorąco polecać. By trochę ochłonąć zatrzymujemy się w Starim Gradzie najstarszym mieście wyspy. Miasto położone jest nad głęboko wcinającą się w ląd zatoką zwaną „Starogradski Zaljev”. Zanim zaczniemy go zwiedzać spotykamy się z przesympatyczną Panią Kasią – Polką tam mieszkającą. Z ochotą udziela nam wszelkich informacji i odpowiedzi na wszystkie nasze pytania. Z tymi jakże cennymi informacjami i radami zagłębiamy się w uliczki starego miasta. Z daleka widać wieżę zegarową barokowego kościoła św. Stefana (sv. Stjepan). Kościół wybudowano początkiem XVII wieku w miejscu wcześniej istniejącej świątyni, która uległa spaleniu (uratowano tylko chrzcielnicę). Skoro zaczęliśmy zwiedzanie od kościoła postanawiamy iść dalej śladem budowli sakralnych i tak dotarliśmy do najstarszego kościoła św. Jana (sv. Ivan), o którym pisano już w XIV wieku. Obecnie jest restaurowany, ale wewnątrz mogliśmy zobaczyć piękne rzymskie mozaiki. Tuż za kościołem znajduje się teren wykopalisk archeologicznych. Po obejrzeniu idziemy dalej, by dotrzeć do klasztoru Dominikanów z XV wieku z charakterystyczną basztą dobudowaną w XVI wieku mającą bronić klasztor przed Turkami. W klasztorze znajduje się muzeum z bogatymi zbiorami obrazów, monet i książek zgromadzonych przez zakonników. Przy klasztorze jest kościół św. Piotra (sv. Petar) wybudowany w miejscu wcześniej istniejącego kościoła św. Hieronima (sv. Jerolim). Do klasztoru wchodzi się przez piękny wirydarz. Nad klasztorem jest jeszcze jeden ładny kościółek św. Mikołaja (sv. Nikola) z drewnianym ołtarzem. Wracamy do centrum starego miasta i tu trafiamy na renesansowy kościół św. Rocha (sv. Rok), przed którym w dawnych czasach były podobno rzymskie termy. Tam też znajdowała się brama morska prowadząca do miasta. Kościół o tyle jest ważny, bo patronem miasta jest właśnie św. Roch. Od tego kościoła to już tylko kawałek, by dojść do głównego placu „Trg Trvdalj” przy którym znajduje się najbardziej znany zabytek Starigo Grada, pałac Hektorovicia (tvrdalj). Tę ufortyfikowaną budowlę, jako letnią rezydencję, wybudował w 1520 roku chorwacki poeta okresu renesansu Petar Hektorović. Wewnątrz znajduje się okolony krużgankami basen z rybami, a za nim ogród, w którym poeta uprawiał różnego rodzaju zioła. Ten basen z rybami nie jest tam bez powodu. Poeta pasjonował się rybołówstwem i stanowiło ono inspiracje dla niego podczas pisania poematów. Jego największym dziełem jest poemat z 1555 roku poświęcony właśnie tej tematyce. Na ścianach zachowały się również inskrypcje z dzieł Hektorovicia zapisane w językach: chorwackim, włoskim i łacińskim. Przed samym budynkiem, na placu, znajduje się pomnik poety, dzieło chorwackiego rzeźbiarza Ivana Mestrovića. Klucząc plątaniną wąskich uliczek i placyków kończymy spacer po tym jakże uroczym mieście. Wracamy do Jelsy. Przez to zwiedzanie zapomnieliśmy, że organizmy nasze (przede wszystkim nasze żołądki) oprócz duchowo-kulturalnych przeżyć potrzebują też jakiegoś posiłku. Stąd szybka toaleta i wypad na miasto. Tam za radą znajomych idziemy na pizze. Powiem krótko: była wyśmienita. O wielkości nie wspomnę. Najedzeni, pijemy na naszym tarasie jeszcze trochę „vinkovego” wina i w doskonałych humorach idziemy spać. Wszak za nami piękny dzień pełen wrażeń i przygód, a przed nami następny, też nie źle się zapowiadający. Wstając od razu wiedzieliśmy, że upał nie odpuścił i kolejny dzień będzie nam towarzyszyła „żarówa”. Dziś plan przewiduje jazdę do Hvaru, oczywiście starą drogą przez Selce, Grablje i Brusje. Początek trasy nic nie wskazuje na to, że droga będzie równie piękna co niebezpieczna. Powiedziałbym, że taka jak ta wczoraj, wąska i ciężko wyminąć się z samochodem nadjeżdżającym z przeciwka, tyle, że asfaltowa. Widoki równie piękne tyle, że tym razem na północną część wyspy z półwyspem Kabal i na sąsiednią wyspę Brač. Pnąc się do góry i mijając wioskę Selce dojeżdżamy do punktu widokowego (Vidikovac) i zatrzymujemy się by nacieszyć oczy tymi niesamowitymi widokami i oczywiście napić się kawy. Jeszcze dobrze się nie rozpędziliśmy, a tu już trzeba hamować, bo po lewej stronie drogi wyłania się miejscowość Velo Grablje. Z daleka wygląda na opuszczoną, co zresztą prawie się nam potwierdziło, bo spacerując po niej spotkaliśmy tylko jednego człowieka. Stare, kamienne budynki wyglądają przepięknie. Wprawdzie spacer między nimi, w tym upale, nie należał do najprzyjemniejszych, ale warto choćby dla samego klimatu wioski, miasteczka – nie wiem jakiego użyć tu stwierdzenia – chyba jednak to pierwsze będzie bardziej pasowało. Nie umniejsza to jednak faktu, że jest tam uroczo i pięknie. Tu jednak muszę napisać, że to piękniejsze jeszcze przed nami. Na jednym, jak nie jedynym, kierunkowskazu widzimy napis Malo Grablje i tam też się udajemy. Pominę przejazd, powiem tylko, że droga była przyczynkiem naszej dość intensywnej dyskusji, żeby nie powiedzieć sprzeczki. Jako, że należę do tych co zawsze prą do przodu i mają rację, nie zważałem, na słuszne zresztą sugestie, żeby zawrócić. I dobrze, bo wreszcie dojechaliśmy do całkowicie opuszczonej wioski Malo Grablje. Być na wyspie Hvar i nie być w Malo Grablje, to tak jakby być w Krakowie i nie widzieć Wawelu. No może mi się trochę górnolotnie i z wysokiego „c” powiedziało, ale jest tam pięknie. Wioska, której mieszkańcy dawno „wybyli” do niedalekiej Milny, jest usytuowana w kotlinie, gdzie domy i zabudowania stoją na zboczach. Plątanina uliczek, w wielu wypadkach zarośniętych, kamienne domy, lub ich pozostałości tworzą niesamowitą scenerię. Komercja jednak wygrała z przeszłością starej wioski, albo właśnie stała się przyczynkiem do niej. Jest tam bowiem konoba, a jakże czynna, bo wieczorem organizowane są wiejskie kolacje dla złaknionych naturalności turystów. A szkoda, bo cisza i spokój wśród kamiennych budowli są bezcenne. Będąc tam za dnia mogliśmy jednak zaznać tej ciszy i spokoju. Ruszamy dalej do Milny, typowej turystycznej miejscowości z plażami, apartamentami i hotelami, a co za tym idzie z dużą ilością ludzi. Zabawiamy tam krótko i jedziemy do Hvaru. Tu dopiero jest dużo turystów, ale za to całkiem inny klimat, klimat starego pięknego miasta. W centralnej części „pjaca” czyli Trg Sv. Stjepana (Plac św. Stefana) powstały w XV wieku przez zasypanie jednej z zatok. Wyróżniającą się budowlą placu jest katedra o tej samej nazwie co plac, powstałą na przełomie XVI i XVII wieku i stojąca obok dzwonnica z wieloma łukowatymi oknami. Kościół powstał w miejscu XII wiecznego benedyktyńskiego opactwa. Po lewej i prawej stronie placu wiele wspaniałych gotycko-renesansowych pałaców. Po przeciwległej stronie placu, w narożniku, stoi budynek arsenału powstały na początku XVII wieku, służący Wenecjanom, a później i Austriakom do naprawy statków i okrętów. Na piętrze w 1612 roku powstał pierwszy w Europie teatr publiczny, w którym po dzisiejszy dzień odbywają się przedstawienia. Tu też wystawiono pierwszy napisany w języku chorwackim dramat Robinja (Niewolnica) dzieło Hanibala Lucića. „Schodząc” z teatru wychodzimy na piękną promenadę, przy której oczywiście mieści się wiele kafejek, restauracji i wszystkiego innego co może przyciągnąć turystów. Po jej przejściu dochodzimy do klasztoru Franciszkanów, w którym mieści się również muzeum. Niewątpliwie urokowi miejsca dodają 200-300 letnie cyprysy rosnące na terenie klasztoru. Z tamtejszego tarasu Pakleni Otoći – pobliskie wyspy – wydają się na wyciągnięcie ręki. Wracamy jednak do centrum, by rozpocząć wspinaczkę do największej atrakcji turystycznej, czyli do twierdzy Španjol zwanej też Forticą. Początki budowli to XII wiek, później jednak rozbudowywana przez Wenecjan i Austriaków. Droga pod górkę w dodatku w upale dość męcząca, ale warta zachodu, bowiem takiego widoku nie ma nigdzie indziej. Jak na dłoni miasto Hvar i pobliskie Pakleni Otoći niesłusznie zwane Piekielnymi Wyspami (paklina to bowiem żywica sosny służąca kiedyś do uszczelniania łodzi i statków). Widok jest tak fantastyczny, że można by tam przesiedzieć cały dzień. Przy okazji: Pakleni Otoći to 16 wysp i wysepek, stanowiących naturalną osłonę dla portu miasta Hvar. Największą wyspą archipelagu jest Sveti Klement (nazwa pochodzi od XV wiecznej kaplicy poświęconej św Klemensowi), na której znajdują się ruiny rzymskich willi. Większość wysp z tego archipelagu to dziś raj dla turystów żądnych czystych wód i pięknych plaż, zarówno dla tych co mają co nieco na sobie, jak i dla tych co lubią zażywać kąpieli morskich i słonecznych bez odzienia. Trudno oderwać wzrok od tych wspaniałości (czytaj widok na wyspy i miasto). A pomyśleć, że był taki okres, kiedy rdzenni mieszkańcy patrzyli z twierdzy jak Turcy plądrują, grabią, palą i niszczą ich własne domostwa. Cóż świat się zmienia. Trzeba jednak wracać, bo jest jeszcze tyle do obejrzenia. Schodząc po drodze mijamy klasztor Benedyktynek, klasztor o dość ostrych regułach. Siostry, które tam przebywają mieszkają w odosobnieniu, a jedynym ich zajęciem jest tworzenie koronek z sizalu – włókna otrzymywanego z liści Agawy. Na klasztorze widnieje więc wielki napis „Čipke od Agave”, czyli koronki z Agawy. Szybko mija nam czas na spacerze wąskimi uliczkami wśród wspaniałych budowli. Trzeba przyznać, że wiele uroku jest w tym największym mieście wyspy Hvar. Dzisiaj miasto, oprócz tej architektonicznej atrakcji jest też miastem zabawy. Wiele dyskotek, klubów, restauracji oraz dobrego zaplecza hotelowo – pobytowego powoduje, że do miasta przybywają liczni turyści, szczególnie młodzi ludzie żądni zabawy i uciech. To zresztą widać na każdym kroku, dlatego Ci co wolą spokój i ciszę nie powinni tu cumować tylko szukać spokojniejszych miejsc na wyspie. Pięknie jest w Hvarze, ale pora już wracać. Jadąc z powrotem możemy podziwiać jeszcze wyżej usytuowaną niż Fortica twierdzę napoleońską, z której pewnie również rozciągają się piękne widoki. Dalej mijamy miejscowość Brusje, którą śmiało można nazwać stolicą lawendy, rośliny będącej symbolem wyspy Hvar, a której pola rozciągają się wszędzie wokoło.

Widok lawendowych pól jest niesamowity. Niestety w ostatnich latach wyspę nawiedziły liczne pożary powodując wielkie zniszczenia, przede wszystkim niszcząc lawendę. Szczególnie dotkliwy był pożar w latach 90-tych ubiegłego wieku, który zniszczył wielkie połacie pól tej rośliny. Warto wiedzieć, że przed tym pożarem 10% światowego zapotrzebowania na lawendę pochodziło właśnie z wyspy Hvar. Widok tego co pozostało i tak robi kolosalne wrażenie. Wśród zapachu lawendy mijamy kolejne miejsca powodujące, że stara droga prowadząca ze Starigo Gradu do Hvaru stała się niewątpliwie wielką atrakcją turystyczną wyspy. Po powrocie do domu robimy sałatkę, na którą, przy tym upale, mamy ochotę. Wieczorem oczywiście wypad „na miasto”, a tam lody o smaku takim, że nie bardzo umiem o nich mówić, bo od razu ślinka mi cieknie na samą myśl. Nie wiem czy kiedykolwiek jedliśmy lepsze. Przed snem szklaneczka wina, a jutro Vrboska. Do Vrboskiej z Jelsy jedziemy piękną drogą, mającą charakter nadmorskiego bulwaru. Miejscowość jest urocza, położona nad kanałem wrzynającym się w głąb lądu, nad którym rozpostarte zostały mosty łączące przecięte przez fiord części Vrboskiej. Centrum osady znajduje się nad najszerszą częścią kanału, w pośrodku którego znajduje się mała wysepka. Niedaleko od tego miejsca stoi najciekawszy renesansowy zabytek Vrboskiej – crkva sv. Marije (kościół NMP), który nie tylko spełnia role sakralne. Jest też twierdzą obronną, a to przez dobudowaną do kościoła fortecę. Budowla wybudowana została w XVI wieku w miejsce wcześniejszej świątyni. Innym, wartym obejrzenia zabytkiem sakralnym jest crkva sv. Lovrinca (kościół św. Wawrzyńca ) wybudowana wcześniej niż poprzednia, bo już w XV wieku. Całość architektury sakralnej Vrboskiej zamyka maleńki kościółek nad samym brzegiem morza – gotycka crkvica sv. Petara (kaplica św. Piotra) z XIV wieku. Po obejrzeniu tych piękności uskuteczniamy spacer wzdłuż kanału, podziwiając mosty przewieszone nad nim. Pijąc kawę w jednej z kafejek podziwiamy osadę mając świadomość, że powstała ona w XV wieku jako port dla ludności pobliskiego, znajdującego się w głębi lądu Vrbnja. Zwiedzanie zwiedzaniem, ale trza by było trochę pomoczyć grzeszne ciała w ciepłych wodach Adriatyku. Postanawiamy więc poszukać jakiejś plaży. Tu muszę powiedzieć, że na wyspie jest wiele uroczych, pięknych i zacisznych plaż. Dotarcie do nich, w większości wypadków, wymaga jednak kilkuset metrowego spaceru, dość stromymi i kamienistymi zejściami. O wyjściu, czyli drodze powrotnej, że nie wspomnę. O sprzęcie plażowym, który a jakże, trzeba nosić, też nie będę się wypowiadał. Jako, że należymy do ludzi dość wygodnych, postanowiłem poszukać takiej plaży, do której po pierwsze: mógłbym dojechać samochodem. Po drugie: przeniesienie sprzętu plażowego nie wymagałoby wielkiego wysiłku i długiej drogi, a po trzecie: by w zasięgu mojego wzroku była jakaś knajpka, w której mógłbym się czegoś napić i coś zjeść. Pełną aprobatę uzyskałem ze strony mojej ukochanej, ba powiedziałbym nawet, że tymi postanowieniami zyskałem bardzo wiele w jej oczach. Szukanie wbrew pozorom nie trwało zbyt długo. Niedaleko Vrboskiej znajduje się półwysep Glavica, u nasady którego usytuowana jest plaża Soline, spełniająca wszystko to co chcieliśmy mieć. Odtąd całe nasze plażowanie odbywało się na tej plaży i nie szukaliśmy już innej, choć zdajemy sobie sprawę, że wiele plaż Hvaru może być piękniejszych. Ta nam bardzo spasowała. Mieliśmy słońce i cień, ciepłą wodę i wszelką wygodę, by spędzać miło czas. Tam też spędziliśmy resztę dnia, sprawdzając w pobliskiej (tej w zasięgu oczu) restauracji, że zimne Hajdučko smakuje wybornie, a „puniena paprika” jest, że palce lizać. Z personelem też dość szybko się zaprzyjaźniliśmy. Wieczorem postanawiamy zjeść kolacje w Starim Gradzie podziwiając jednocześnie jego uroki w nocnej scenerii. Nie zawiedliśmy się. Kolacja była wspaniała i smakowita, a Stari Grad nocą robi wrażenie. Kolejny dzień to totalna laba na „naszej” plaży, aczkolwiek w ramach poznawczych postanowiliśmy przejść się na spacer i obejść półwysep Glavica. Upał niemiłosierny, dobrze, że część trasy wiodła wśród drzew. Na Hvarze to jest niesamowite, że gdzie by się człowiek nie ruszył wszędzie jest pięknie. I tu też widoki wprawiały nas w zachwyt. Mogliśmy patrzeć na wyspę Brač i jej zbocza gór. Bliżej jednak znajdowała się urocza wysepka Zečevo, do której co chwila podpływały łodzie, pewnie z turystami wodniakami chcącymi zakosztować ciszy bezludnej wyspy. Spacer trochę nas zmęczył i wysuszył nasze organizmy, stąd po powrocie na plażę odwiedziliśmy naszą zaprzyjaźnioną konobę. Późnym popołudniem wracamy z plaży, bo mamy jeszcze w planie odwiedzić wieczorem Hvar. Feeria świateł, tłumy turystów na rivie, tym przyjęło nas to piękne miasto. Po drodze mieliśmy jeszcze przyjemność patrzeć na cudowny zachód słońca. Żyć nie umierać. Niestety czas nieubłaganie płynie, a w naszym odczuciu na wyspie Hvar płynie on jeszcze szybciej. Praktycznie pozostały nam już tylko dwa dni pobytu na tej uroczej wyspie. Odganiamy od siebie te myśli, wszak jutro mamy także wiele rzeczy do obejrzenia. W planie mamy rajd po „hvarskich sjelah”. Zaczynamy, myślę od tej najciekawszej, czyli od Humca. Wioska – skansen jest pięknie położona, prawie na samym środku wyspy. Z jej najwyższego punktu (znajduje się tam luneta widokowa) rozpościera się kapitalny widok we wszystkie strony świata. Widać stamtąd więc: Korčulę i Ščedro, Vis i Šoltę, Brač i Biokovo, ale także i Pelješac. Sama wioska to dziś 140 kamiennych domów, które powstały w XVII wieku, chociaż pierwsze wzmianki o tym osiedlu sięgają XIII wieku. Humac nigdy nie był miejscem, gdzie na stałe mieszkali ludzie. Było to zawsze osiedle „sezonowe” mieszkańców niedalekiego Vrisnika. Domy Humca były wykorzystywane tylko podczas prac rolnych, winobrania czy zbioru oliwek. Od razu powiem, że żaden opis wioski nie odda tej absolutnej ciszy, spokoju i tego specyficznego zapachu roślin w promieniach hvarskiego słońca. W pobliżu wioski, na południowych stokach wyspy, znajduje się Grapčeva Špilja, jaskinia, w której odkryto wiele rysunków na skałach i kawałkach ceramiki, w tym najstarszy w Europie rysunek statku (4000 lat p. n. e.). Chcieliśmy tam pójść, ale poranne „guzdranie” sprawiło, że spóźniliśmy się na wyprawę do niej (można tam pójść tylko z przewodnikiem). Wychodzi na to, że na Hvar trzeba będzie przyjechać jeszcze raz. Ciekawostką tej wioski jest miejsce, w którym kiedyś znajdowała się armata przeciw gradowa do rozpędzania chmur zwana „stražbenicą” Jest także i konoba, w jednym z kamiennych domów z dużym tarasem. Lampka wybornego, zimnego, białego, hvarskiego wina smakuje w niej wybornie. Po spacerze po wiosce i nacieszeniu się jej klimatem, powoli zbieramy się realizować dalsze plany. Wracamy do Jelsy, by na jej obrzeżach zatrzymać się przy kościele Gospe od zdravlja (Matki Boskiej od zdrowia), spod którego widać całą panoramę Jelsy. Jeszcze lepszy widok rozciąga się z położonej nad kościołem baszty Tor, pozostałości greckiej budowli z IV wieku p. n. e. Można stamtąd zobaczyć Starogradsko polje (Pole Starogradskie), teren rozciągający się pomiędzy Starim Gradem, a Vrboską, na którym w IV wieku p. n. e. Grecy dokonali parcelacji terenu tworząc tzw. hory. Jest to najlepiej zachowany sparcelowany teren w basenie Morza Śródziemnego z antycznych czasów. Jego wielkość to 6 km długości i około 2 km szerokości. Najstarszy zachowany dokument, w którym jest mowa o „polju”, to hvarski statut z 1331 roku, gdzie dokładnie opisane są jego granice i przebiegające przez niego drogi i wytyczone mury. Od 2008 roku teren wpisany jest na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Wracamy do samochodu i jedziemy do kolejnej wioski Pitve. Tak nam się spodobał tunel, że najpierw postanawiamy jeszcze raz przejechać przez niego, a przy okazji popatrzeć na piękne, południowe stoki wyspy. Robimy nawrót i jesteśmy z powrotem po północnej stronie zbocza, gdzie zagłębiamy się w skomplikowany system uliczek i niezliczone ilości schodków. To efekt usytuowania wioski. Dookoła wszędzie cisza, spokój i zapach ziół. No i ten widok nie do zapomnienia. Dalsza nasza tura wiodła przez kolejne wioski: Vrisnik, Svirče, Vrbanj i Dol. Wszystkie one są bardzo podobne do siebie przynajmniej jeżeli chodzi o usytuowanie (na zboczach, stąd kapitalne widoki), jak i o ten niesamowity klimat spokoju i ciszy z dala od zgiełku i tłumu turystów. Podobnie zresztą było i w tych wcześniej odwiedzanych przez nas wioskach: Selca, Velo i Malo Grablje czy Brusje. Uroku wszystkim tym miejscom dodają również charakterystyczne kamienne domy. Trzeba także zaznaczyć, że większość tych wiosek to stare wioski, bo dla bezpieczeństwa miejscowa ludność zakładała osady najpierw w głębi lądu, w miejscach trudno dostępnych, a dopiero później przenosiła się na wybrzeże. Warto więc poświęcić trochę czasu, będąc na Hvarze, tym mniej znanym turystycznie, rzec jasna, miejscom. Odwiedzenie starych, pięknych wiosek bardzo nam przybliżyło tę fantastyczną wyspę i pozwoliło na nią spojrzeć w trochę inny sposób. W planie, na ten dzień mieliśmy jeszcze jedną atrakcję: wyjazd na najwyższy szczyt Hvaru – Sv. Nikola. I tu zaczęły rodzić się nasze pewne wątpliwości co do konieczności realizacji tego planu. Nie wynikały one z naszej niechęci, bo bardzo chcieliśmy być na najwyższym wierzchołku wyspy, ale z tego, że samochód, którym się poruszaliśmy, nie był nasz, a z opisu trasy wiedzieliśmy, że nie należy ona do najłatwiejszych. Ponadto mieliśmy przed sobą jeszcze wiele kilometrów do pokonania, wszak przed nami była druga część urlopu. Zapadła więc decyzja: nie jedziemy na Sv. Nikola. Jest powód, by tu wrócić. Mając więc wolne popołudnie i niezły upał, gdzie jedziemy? Oczywiście na „naszą” plażę. Wybór okazał się ze wszech miar dobry, choćby i z tego powodu, że było mało ludzi (zmiana turnusu), a zimne piwo smakowało wybornie. Dzień zakończyliśmy fantastyczną zabawą w Jelsie, bo jak się okazało miasto urządziło „feštę” dla turystów. Były tańce, zabawy i wiele radości. Na jej zakończenie odbył się pokaz sztucznych ogni. W szampańskich humorach powróciliśmy do naszej „hacjendy”. Przed nami ostatni dzień pobytu na „bajkowej” wyspie. Jutro rano musimy wyjechać wczesnym rankiem, by zdążyć w Sućuraju na prom, który przewiezie nas do Drvenika. Postanawiamy przeżyć ten dzień nie nadwyrężając naszych sił. Najlepszym sposobem wydał nam się pobyt na plaży i zażywanie jak najwięcej kąpieli morskich. Tak taż się stało. Mieliśmy przez to trochę czasu na podsumowanie naszego pobytu na Hvarze i tego wszystkiego co na niej zobaczyliśmy. W gorącu i na gorąco mogliśmy tylko potwierdzić trafność naszego wyboru pozwalającego nam spędzić urlop w tym jakże pięknym zakątku Chorwacji. Po południu pakowanie i relaks na naszym tarasie, a wieczorem pożegnalna kolacja, równie smaczna co ta jedzona w pierwszym dniu pobytu. To przecież było tydzień temu. Wczesny świt, my gotowi, wyjeżdżamy z „naszego” apartamentu. Pomimo wczesnej pory Vinko jest na posterunku i żegna się z nami, zapraszając na przyszły rok. Zobaczymy jak będzie. Trasa z Jelsy do Sućuraja jest kręta, zresztą jak wszystkie na tej wyspie, ale powiedziałbym, że najbezpieczniejsza z wszystkich, którymi się poruszaliśmy. Oczywiście pięknych widoków nie mogło zabraknąć. Nie mieliśmy czasu, by zwiedzić Sućuraj, a szkoda, bo i pora była za wczesna, a prom też nie chciał na nas czekać. Wjeżdżamy na prom, z którego podziwiamy widok na charakterystyczną latarnię morską. Żegnaj, nie, do zobaczenia, urodziwo – baśniowo wyspo. Jeszcze tu wrócimy. Po pół godzinie jesteśmy na stałym lądzie i od razu kierujemy się na południe do granicy z Bośnią i Hercegowiną. Dzień zapowiada się bardzo męczący, wszak chcemy dotrzeć do Kneževi Vinogradi, miejscowości we wschodniej Slavonji, a właściwie w Baranji, gdzie mamy zarezerwowany apartament, a po drodze czeka nas przecież Sarajewo. Mamy przed sobą prawie 550 km drogi. Przejeżdżamy szybko (to pewnie zasługa wczesnej pory) przez granicę w Metković i naszym jedynym kierunkowskazem, przynajmniej na razie, jest napis Sarajewo. Nie zatrzymujemy się w pięknym Mostarze, jako że parokrotnie byliśmy już w nim, natomiast nie sposób nie zatrzymać się i to parę razy przejeżdżając kanionem utworzonym prze rzekę Neretve. Widoki takie, że nie da się spokojnie prowadzić samochodu. Z jednej strony trzeba skoncentrować się na jeździe, a z drugiej nie można oczu oderwać od wspaniałych widoków. Parę postojów musieliśmy zrobić, by nacieszyć oczy i zrobić oczywiście trochę zdjęć. Co ciekawe wijąca się rzeka powoduje, że musimy przejeżdżać nad nią dziesiątkami mostów. Do tego prowadząca tam kolej z Sarajeva do Ploče, też wymaga wielu wiaduktów. Wszystko to razem wzięte sprawia niesamowite wrażenie. Czas jednak jest nieubłagany. Dobrze, że droga jest bardzo dobra, choć „zakrętasów” nie brakuje i można w miarę szybko posuwać się na przód (uwaga na „policije”, Ci nie żartują). Podziwiając piękno bośniackiej ziemi do Sarajewa przybywamy koło w pół do jedenastej.

Sarajewo

Sarajewo to niezwykłe miasto, miasto, w którym przy jednej ulicy natykamy się na meczet, ale też i na kościół katolicki, a dalej na synagogę i na cerkiew. To miasto, gdzie kultura islamska mieszała się z kulturą katolicką, prawosławną, czy nawet judejską. To jedyne takie miasto, które szczyciło się niezwykłą tolerancją i brakiem dyskryminacji jakiejkolwiek grupy społecznej i etnicznej. Niestety, ta trwająca przez pięć wieków harmonia została zburzona przez krótkie cztery lata końcem XX wieku, kiedy to bośniaccy Serbowie okrążyli Sarajewo i rozpoczęli ostrzeliwanie miasta, niszcząc wielowiekową kulturę i mordując, bo tak to trzeba nazwać, cywilną ludność. Miasto zostało pozbawione prądu, wody, przerwano połączenia telefoniczne, zablokowano dowóz żywności. Główna ulica Bulevar Selimovića i ulica Zmaja od Bosne nazwano „aleją snajperów”. Nikt nie miał prawa tamtędy przejść. Podczas ostrzeliwania zniszczone zostały meczety, kościoły, szpitale, domy użyteczności publicznej. Jedynym połączeniem ze „światem” był 800 metrowy tunel „nadziei” działający od połowy 1993 roku, a pozwalający zaopatrywać ludność Sarajewa w wodę, żywność, leki i broń. To jest wręcz niesamowite, że w cywilizowanej zdawałoby się Europie mogło dojść do takiego barbarzyństwa, któremu przez dłuższy czas przyglądał się cały świat, nie robiąc nic by temu przeszkodzić.

Za mało mieliśmy czasu, by zobaczyć wszystko w tym kosmopolitycznym mieście, stąd z konieczności ograniczyliśmy się do tego co najpiękniejsze i najwartościowsze, czyli Stare Miasto i Centrum austro-węgierskie. Zwiedzanie zaczęliśmy od Grobu Nieznanego Żołnierza z wiecznie palącym się ogniem. To pomnik poświęcony partyzantom Tity walczącym w czasie II wojny światowej o wolność Jugosławii. Idąc w kierunku starego miasta natrafiamy na Markale – targowisko miejskie, świadek przerażających wydarzeń ostatniej bratobójczej wojny. Dwukrotnie dokonano tam masakry, poprzez ostrzał artyleryjski tego miejsca, wynikiem czego zginęło 110 osób, a dalszych 230 zostało rannych. Sam budynek targowiska miejskiego powstał w końcówce XVIII wieku przyjmując niemiecką nazwę Markthalle (Bośnia była wtedy częścią Austrii), ale szybko skróconą do Markale. Nie daleko hal targowych mieści się Bošnjački Instytut (Instytut Boszniacki), zajmujący się kulturą i historią bośniackich muzułmanów (boszniaków). Tu małe wyjaśnienie. W Bośni i Hercegowinie mieszkają serbscy prawosławni, chorwaccy katolicy i bośniaccy muzułmanie, których z racji przynależności państwowej, nazywa się Bośniakami. By nazwę „Bośniak”, „bośniacki” nie kojarzono tylko z muzułmanami, wobec tych ostatnich używa się nazwy „Boszniak”, „boszniacki” (Bošnjak, bošnjački). Czyli bośniaccy muzułmanie to Boszniacy, a nie Bośniacy. Wracając do Instytutu, to powstał on w 1988 roku w Szwajcarii, a dopiero w 2001 roku został przeniesiony do Sarajewa, do nowo powstałych budynków. Tuż przed Instytutem znajduje się łaźnia Gazi Husrev-bega (hamam) z charakterystycznymi dwoma kopułami. To budynek z czasów świetności tureckiej, w którym dzisiaj mieści się centrum kultury. Po drugiej stronie ulicy M. M. Bašeskije wznosi się katolicka Sarajevska Katedrala Srca Isusovego (katedra pw. Serca Jezusowego). Kamienna katedra z dwoma wieżami zegarowymi powstała pod koniec XIX wieku. Wybudowana została w stylu neoromańskim i neogotyckim z trzema nawami i niewielkim ołtarzem. W środku znajduje się grobowiec arcybiskupa Josipa Štadlera inicjatora budowy katedry. Idziemy dalej wkraczając w inny świat, świat budowli muzułmańskich powstałych w większości w czasach panowania tureckiego. Wyjątkiem są budynki usytuowane jednak nieco na uboczu: Stara Synagoga, wybudowana przez żydów sefardyjskich przybyłych tu z Hiszpanii, oraz Stara Cerkiew Prawosławna. Budynki wybudowano za panowania Turków, stąd ich zabudowa jest niska, a architektura bardzo skromna, bez żadnych zdobień i dekoracji. Nie dotyczyło to wnętrz, stąd cerkiew w środku wygląda przepysznie, a ikonostas jest znakomity. Co innego budowle muzułmańskie. Te budowano wielkie i z przepychem. W końcu rządzili tu muzułmańscy Turcy. Pierwszą z nich jaką napotykamy to meczet Ferhadija (džamija Ferhadija), z charakterystyczną kopułą i stojącym obok wysokim minaretem. By dojść do największego zabytku islamskiej architektury, meczetu Gazi Husrev-bega (Gazi Husrev-begova džamija) mijamy, nie mniej świetny, budynek Bezistanu Gazi Husrev-bega, czyli miejskiego bazaru (Sarajevo posiadało trzy takie bazary), spełniającego takie same zadanie co nasze sukiennice. Ten okazały budynek (109 m dł. i 20 m szer. ) powstał w połowie XVI wieku, w środku którego mieściły się sklepy. Część sklepów znajdowała się również na zewnątrz budynku, wzdłuż ul. Gazi Husrev-bega, zwanej też często ul. Zlatarską. Dzisiaj budynek spełnia te same handlowe funkcje co za czasów tureckich. No może inny towar znajduje się na ladach sklepowych. Nieopodal bezistanu kolejna ciekawa budowla – Sahat kula, czyli 30 metrowa wieża zegarowa, pokazująca czas wg. systemu tureckiego, liczonego od zachodu słońca. Obok wieży jest budynek zegarmistrza, w którym przetrzymuje się narzędzia i instrumenty do pomiaru wysokości słońca. No i stoimy przed najwspanialszym zabytkiem Sarajewa jakim bez wątpienia jest meczet Gai Husrev-bega. Ta XVI wieczna, monumentalna budowla zaprojektowana została przez stambulskiego architekta Ajema Esira Ali, a wybudowana przez znakomitych rzemieślników z Dubrownika. O wielkości niech świadczą te cyfry: kopuła ma 13 m średnicy i 26 m wysokości, a minaret liczy 45 m. Niestety nie weszliśmy do środka z uwagi na zbliżające się modlitwy – nie chcieliśmy zakłócać wiernym tego rytuału. Co zresztą za chwile się potwierdziło, kiedy z wszystkich minaretów muezini rozpoczęli wzywanie wiernych do modłów. Przed meczetem, pod drewnianą budowlą, usytuowana jest studnia, czyli šadrvan. Miejsce, przy którym muzułmanie przed modlitwą dokonują obmycia ciała – abdestu. Na dziedzińcu meczetu znajdują się jeszcze dwa mauzolea, w jednym z nich pochowano fundatora świątyni Gazi Husrev-bega. Po drugiej stronie ul. Sarači znajduje się medresa, czyli średnia szkoła muzułmańska. Medresa ta działa nieprzerwanie już od prawie 500 lat co stanowi ewenement nie tylko na skalę kraju, ale i na skalę światową. Warto wejść do środka, by obejrzeć w jakich warunkach kiedyś się uczono. Jest tam šadrvan, z którego czerpano wodę zarówno do picia jak i do obmycia się, a także sala wykładowa (dershana), i 12 sal uczniowskich. Dzisiaj w medresie mieści się szkoła ogólnokształcąca z internatem. Tuż przy medresie znajduje się jeszcze jeden ciekawy budynek. To hanikah – miejsce, w którym kształcono derwiszów, ascetycznych, wędrownych mnichów muzułmańskich. Po obejrzeniu tych wszystkich piękności zanurzamy się w uliczki čaršiji, czyli handlowego centrum, gdzie możemy podziwiać wyroby rękodzielnicze miejscowych rzemieślników. Niestety dość drogie. Orientalny charakter centrum stwarza niepowtarzalną atmosferę i klimat. Po drodze natrafiamy na turecki zajazd (Morića Han), w którym niegdyś wędrowni kupcy zatrzymywali się, a na jego dziedzińcu mogli handlować. Trafiamy też do Bursa Bezistan kolejnego „centrum” handlowego, w którym onegdaj handlowano jedwabiem z Bursy z Azji Mniejszej (stąd jego nazwa). Dzisiaj mieści się tam Muzeum Sarajewa, ale na zewnątrz w dalszym ciągu znajdują się sklepy, w których można kupić prawie wszystko. Dochodzimy wreszcie do Baščaršiji głównego placu, na którym stoi fontanna (česma) Sebilj. Fontanna powstała w 1753 roku, ale uległa zniszczeniu podczas pożaru i obecna istnieje od 1891 roku. Przy placu mieści się jeszcze jeden ważny meczet, to Meczet Baščaršijski (Baščaršijska džamija). Meczet z reguły jest zamknięty dla zwiedzających, ale zobaczyć można znajdujący się przed meczetem šadrvan. O tyle ciekawy, że jest to współczesna budowla powstała w 1997 roku. Po tym jakże interesującym spacerze po Starym Mieście czas przyszedł na odpoczynek i na bosansku kafu podawaną z rahat lokum. Tu małe wyjaśnienie. Bosanska kafa zaparzana jest w džezvie – to takie specjalne miedziane naczynie z długą rączką. Kawa wraz z cukrem zalewana jest wodą i trzykrotnie doprowadzona do wrzenia (nie wolno zagotować), a następnie przelewana do fildžanu (malutka filiżanka). Džezva i fildžan wraz tacką i cukiernicą z reguły stanowią zestaw do picia kawy. Dołączany do kawy rahat lokum to rodzaj bardzo słodkiej galaretki z takimi dodatkami jak: pistacje, orzechy, migdały, cynamon czy mięta. Po naprawdę powalającej kawie robimy zakup słodkości – chałwy i rahat lokum. Wychodząc z muzułmańskiego świata dochodzimy do rzeki Miljački płynącej przez całe Sarajewo. Docieramy do Novigo mostu, skąd z pewnej odległości patrzymy na gmach dawnego Ratusza Miejskiego, wybudowanego przez Austriaków w stylu pseudo mauretańskim. Przed ostatnią wojną w budynku mieściła się Biblioteka Uniwersytecka z bogatymi zbiorami. Niestety w 1992 roku, po jednym z kolejnych ostrzeliwań, budynek zaczął się palić i w płomieniach spłonęło ponad 600 000 woluminów. Trafienie budynku nie stanowiło wielkiej trudności, jako że w niedalekiej odległości na jednym ze wzgórz okalających Sarajewo usytuowana jest twierdza sarajewska, z której Serbowie ostrzeliwali miasto. Idąc wzdłuż rzeki Miljački mijamy Most Cesarski (Careva Čuprija) łączący Baščaršije z Meczetem Cesarkim (Careva džamija) znajdującym się po drugiej stronie rzeki. Zarówno meczet jak most powstały w połowie XV wieku. My jednak idziemy dalej jako, że nas interesuje kolejny most – Most Łaciński (Latinska Čuprija) znajdujący się niedaleko dzielnicy Latinluk zamieszkałej przez ludność katolicką. Most ten od 1914 roku zwany jest też Principov most, a to za sprawą Gawrilo Principa serbskiego nacjonalisty, który przy tym moście zabił arcyksięcia Ferdynanda i jego żonę Zofię, co niejako było przyczynkiem do wybuchu I wojny światowej. Tablica upamiętniająca to wydarzenie znajduje się na budynku pobliskiego Muzeum Sarajewa. Wracając do samochodu po drodze mijamy najstarszy sarajewski hotel „Europa”, w którym, jako że uchodził za bardzo elegancki hotel, mieszkało wiele sławnych postaci. Niestety został całkowicie zniszczony podczas ostatniej wojny, ale dziś już odbudowany, próbuje nawiązać do dawnej świetności. Dalej za hotelem znajduje się jeszcze okazały Sobór Najświętszej Bogurodzicy (Saborna Crkva Presvete Bogorodice) jeden z największych kościołów prawosławnych na Bałkanach. Ta ogromna budowla wybudowana została w stylu neobaroku ze wschodnimi elementami. Jej wielkość podkreśla pięć kopuł (jedna duża centralna i cztery mniejsze, narożne) oraz przylegająca do budowli wieża zegarowa. W środku tej trójnawowej świątyni istny przepych. Zdobienia, ornamenty, malowidła, ikony oraz ikonostas każdego zachwycą. Kończymy spacer po pięknym Sarajewie, jakże z konieczności pobieżny. Nie mniej i tak jesteśmy zachwyceni tym co zobaczyliśmy, zdając sobie sprawę, że chcąc zobaczyć o wiele więcej na o wiele dłużej należałoby się w nim zatrzymać. Pozostała nam także smutna refleksja i pytania. Dlaczego ludzie muszą niszczyć to co inni kiedyś z takim trudem stworzyli? Dlaczego w imię jednej wiary trzeba niszczyć drugą? Sensownej odpowiedzi nie znaleźliśmy. Czas nieubłaganie jednak pędzi, a przed nami jeszcze daleka droga. Ruszamy więc dalej kierując się do granicy bośniacko-chorwackiej w miejscowości Šamac. Po drodze, podziwiając piękne bośniackie tereny, odnotowujemy jedynie dwa wydarzenia. Pierwsze, to jedyna autostrada w Bośni i Hercegowinie pomiędzy Sarajewem i Zenicą, a drugie to zdjęcie jakie zostało mi zrobione przez radar. Przyznam ewidentnie moja wina, ale nerwowo już nie wytrzymałem jadąc za dwoma „bosancami” maruderami i wyprzedziłem ich na skrzyżowaniu, gdzie pech chciał, stał radar. Dobrze, że Bośnia I Hercegowina nie jest w Unii, bo pewnie miałbym się z pyszna. Reszta drogi do granicy minęła już bez jakichkolwiek problemów. Wreszcie Chorwacja, Slawonja, Baranja, Kneževi Vinogradi i apartament. Nie powiem, żebyśmy nie byli zmęczeni. Nasza „kwatera na pierwszy rzut oka nas nie „powaliła”. Pokój dość ciasny, kuchnia w osobnym pomieszczeniu, dobrze, że „dobudówka” z naszymi włościami była w ogrodzie i był taras. Doszliśmy jednak do wniosku, że w końcu ile my tam czasu spędzimy, mając za cel, obejrzenia jak najwięcej pięknej Slawonii. Zresztą po rannym przebudzeniu się, apartament okazał się bardzo przyzwoity, a po każdym wieczornym powrocie długo przesiadywaliśmy na tarasie racząc się bardzo dobrymi slawońskimi winami i dzieląc się wrażeniami minionego dnia.

Slawonia

Slawonia to najbardziej wschodni rejon Chorwacji. Od północy graniczy z Węgrami, od wschodu z Serbią, a ściślej mówiąc z Autonomiczną Wojwodiną, i od południa z Bośnią i Hercegowiną. Slawonię wydzielają też trzy duże rzeki Drawa, Dunaj i Sawa. Slawonia dzieli się także na część zachodnią z głównymi miastami: Slavonski Brod, Požega, Pakrac i Kutijevo, oraz część wschodnią z takimi miastami jak Osijek (stolica całego regionu), Vukovar, Đakovo, Ilok, Vinkovci i Beli Monastir. Zachodnią Slawonią nie będziemy się zajmować, jako, że my byliśmy tylko w części wschodniej. Ze wschodniej Slawonii należy wydzielić jeszcze dwie historyczno-geograficzne krainy. Na północy pomiędzy granicą węgierską, a rzeką Drawą znajduje się Baranja (Barania), a na południu przy granicy serbskiej i bośniackiej leży Srijem (Srem, Syrmia). Większość Baranii jak i Sremu znajduje się poza Chorwacją, odpowiednio na Węgrzech i w Serbii. Wynikiem tego jest zamieszkiwanie znacznej ilości ludności węgierskiej (około 30%) na terenie Baranii i około 20% ludności serbskiej w Sremie. Historia tych trzech regionów nieco różni się od historii innych regionów Chorwacji, ale również władali nimi Rzymianie (swoje tereny posiadali aż do Dunaju), Bizancjum, Chorwaci, Turcy i na końcu Austriacy. Po I-wszej wojnie światowej tereny przypadły Królestwu Jugosławii, a w następstwie II-giej wojny stały się częścią FSR Jugosławii. Niestety po rozpadzie Jugosławii stały się miejscem sporu i krwawych walk pomiędzy Serbami i Chorwatami. Część Slawonii, ta bardziej zachodnia, została uwolniona w 1995 roku, a Slawonia wschodnia, na mocy układu z Daytona, została odzyskana przez Chorwację dopiero w 1998 roku.

Już pierwszego dnia przejeżdżając przez tereny Slawonii zauważyliśmy, że to tereny równinne z niewielkimi wzniesieniami i wzgórzami, typowo rolnicze, z polami pełnymi zbóż, słonecznika, winnej latorośli i dużej ilości sadów. Charakterystyczny był też wygląd miasteczek i wsi, przez które przejeżdżaliśmy. Wzdłuż drogi, po obu stronach najpierw były pasy zieleni, potem niskie zabudowania, za którymi stały budynki gospodarcze, a jeszcze dalej pola ciągnące się w „nieskończoność”. Trzeba dodać, że w większości było czysto i schludnie. Takie samo było też Knieževi Vinogradi, miejscowość, w której mieliśmy bazę wypadową do wojaży po Slawonii. Jako, że miejscowość leży w Baranii wielu jej mieszkańców jest pochodzenia węgierskiego, o czym mogliśmy się przekonać zaraz pierwszego dnia podczas zakupów w sklepie spożywczym. Pani kasjerka z nami rozmawiała po chorwacku, a za chwilę z inną klientką „szwargoliła” po węgiersku. Na początku trochę nas to dziwiło, ale potem to się już do tego przyzwyczailiśmy. I jeszcze jedno. We wszystkich miejscowościach Baranii napisy były w języku chorwackim i węgierskim. Stąd nasza miejscowość nazywała się również Hercegszőllős. Skoro jest ludność chorwacka, węgierska i serbska to są i trzy kościoły: katolicki, protestancki i prawosławna cerkiew. Ten ostatni jest zresztą najstarszym, wybudowanym w XVI wieku, kościołem Baranii. W samym centrum znajdują się też piwnice należące do największej spółdzielni winiarskiej „Belje” produkującej rocznie około osiem milionów litrów wina. O winach i winnicach będzie jeszcze mowa. Teraz ruszamy w podróż po Slawonii.

Pierwszym miastem na naszej trasie jest Osijek, największe miasto i jednocześnie stolica całej Slawonii. Wjeżdżając, w to ponad stu tysięczne miasto, od razu rzuca nam się w oczy duża ilość parków i zieleńców, a wszystko starannie i pięknie utrzymane. Jako że miasto leży nad Drawą i jest ważnym portem rzecznym, wzdłuż rzeki ciągnie się wspaniały bulwar idealny nie tylko do pieszych spacerów, ale i do wycieczek rowerowych. Zresztą w całym mieście zauważyliśmy pełno wyznaczonych trasy rowerowych. Miasto, które za czasów rzymskich nosiło nazwę Mursa, podzielone dzisiaj jest niejako na trzy części: Donji i Gornji Grad, a pomiędzy nimi znajduje się najstarsza część miasta tzw. Tvrđa, umocnienia fortyfikacyjne wybudowane przez Austriaków. My nasz spacer zaczynamy od pięknego Trgu Ante Starćevića, placu znajdującego się w Gornjim Gradzie. To reprezentacyjny plac, na którym odbywa się wiele imprez plenerowych i przy którym stoi wiele ciekawych pod względem architektonicznym budynków. W centralnym miejscu placu, obok ciekawej fontanny, stoi pomnik Ante Starćevića, chorwackiego polityka i pisarza, założyciela Chorwackiej Partii Prawa. Z placu tego jest też widoczna monumentalna, druga co do wielkości budowla sakralna Chorwacji, katedra św. św. Piotra i Pawła (crkva sv. Petra i Pavla). Jej wieża, z czterema dzwonami, wznosi się na wysokość 94 metrów, a na jej budowę zużyto ponad trzy miliony cegieł i wstawiono czterdzieści witraży. Fundatorem tej neogotyckiej budowli był biskup Josip Juraj Strossmayer. W środku kościół robi niesamowite wrażenie, szczególnie ścienne malowidła i wspomniane wyżej witraże. Od spoglądania na piękne malowidła znajdujące się na sklepieniach i na ogromne organy szybko boli w karku. Jest na co patrzeć. Po wyjściu z kościoła kierujemy się ul. Kapucinska w kierunku Tvrđavy po drodze oglądając jeszcze klasztor kapucynów i kościół św Jakuba. Zaglądamy też, a jakże, na osijecki targ, by zaopatrzyć się w bardzo dobre, domowe, slawońskie sery i kulen, czyli slawońską suszoną, ostrą, paprykową kiełbasę. Stamtąd kierujemy się na nadbrzeżny bulwar, przechodząc koło secesyjnego budynku kina Uranii. Nad Drawą jest tak pięknie, że postanawiamy przedłużyć pobyt nad nią, zatrzymując się w jednej z licznych kafejek na dobrą kawę. Po „kawowej” przerwie, idąc nadrzecznym bulwarem, kierujemy się do Tvrđavy, gdzie centralnym miejscem jest Trg. Sv. Trojstva (Plac Św. Trójcy) z kolumną morową (kužni pil) o tej samej nazwie co plac. Na placu okolonym pięknymi, barokowymi budynkami znajdują się jeszcze studnie i pompy wodne, będące częścią systemu kanalizacyjnego. W budynkach znajdują się, oprócz muzeów (Muzej Slavonije i Arheološki muzej), różne wydziały osijeckiej wyższej uczelni i średnie szkoły. W twierdzy znajdują się też dwa kościoły. Barokowy kościół św. Michała (crkva sv. Mihovila) z charakterystycznymi, bliźniaczymi wieżami (kościół został niedawno odnowiony) i kościół św Krzyża (crkva sv. Križa), wzniesiony na ruinach tureckiego meczetu, będący częścią klasztoru franciszkanów. Jest naprawdę pięknie i uroczo. Niestety ostrzelane fasady niektórych budynków przypominają nam o tym, że nie tak dawno trwała tu wojna. Wychodzimy z drugiej strony twierdzy na słynną osijecką ulicę „Europska Evenija” prowadzącą z powrotem do Gornigo Gradu. Idąc aleją mijamy kilka parków, pięknie okwieconych, i terenów sportowych. Zbliżając się do centrum, możemy podziwiać co raz więcej wspaniałych secesyjnych budynków, w tym budynek głównej poczty (Glavna Pošta), sądu wojewódzkiego (Żupanijski sud), czy Galerii Sztuk Pięknych (Galerija likovnih umjetnosti). Wracamy do miejsca, gdzie rozpoczęliśmy zwiedzanie, czyli do placu Ante Starćevića. Stamtąd do samochodu i w dalszą podróż. Tym razem do Erdut, maleńkiej miejscowości nad Dunajem, ale za to z wielkimi winnicami i piwnicami winnymi. O wiosce tej pisano już w XIV wieku używając nazw Erdod lub Erdwed. Później dostaje się w ręce Turków, a następnie jest częścią Sremu. Z czasów średniowiecza ostały się jedynie resztki murów, oraz ruiny twierdz i różnych budowli. W niedalekim Aljmašu znajdował się także XVIII wieczny kościół Gospe od Utočišta (Matki Boskiej Obronnej), ale w 1991 roku został zniszczony w wyniku działań wojennych (dzisiaj jest już odbudowany). Naddunajski teren z licznymi wzniesieniami i pagórkami sprzyja uprawie winnej latorośli. Miejscowa winna spółdzielnia posiada 400 ha winnic, a w swoich piwnicach posiada między innymi beczkę wykonaną ze 150 letniej dębiny o pojemności 75 000 litrów ( beczka jest wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa). Zaglądamy oczywiście do piwnic, gdzie oprócz beczek znajduje się „butelkowe archiwum”, a przy wyjściu zakupujemy nieco butelek wybornego erduckiego wina. Tu chcę powiedzieć, że za każdym razem, kiedy mieliśmy zamiar kupić wino zawsze był problem z wyborem, jakie wino kupić, bo gatunków było wiele, a nasze winiarskie znawstwo nie najlepsze. Polega ono na tym, że albo nam smakuje, albo nie. W całej Slawonii produkuje się między innymi: Graševine, Pinot, Frankovke, Traminac, Merlot, Sauvignon, Risling, Chardonnay, czy Cabernet. Do tego dodać trzeba, że większość z nich jest jeszcze wytrawne, półwytrawne, półsłodkie, słodkie. No i co tu wybrać? Postanowiliśmy więc kupować wina na „wyczucie” i ewentualnie za radą sprzedających. I tego trzymaliśmy się we wszystkich odwiedzanych winnicach i wyszło nam to na dobre. Robi się późno, więc ruszamy w dalszą drogę do Vukovaru – miasta bohatera. Miasta położonego nad samym Dunajem i rzeką Vuka, uchodzącą w tym miejscu do niego. Miasta, które w końcu XX wieku przeżyło jedną z największych tragedii współczesnej Europy. Vukovar, z uwagi na swoje położenie, pełnił zawsze ważną rolę na dunajskim szlaku wodnym, a po powstaniu niepodległego państwa chorwackiego stał się też miastem granicznym Chorwacji i Serbii. Serbii, która od momentu powstania Chorwacji, była jej wrogim krajem. Tragedia rozpoczęła się 24.08.1991 r. Wojska JNA plus ochotnicy serbscy także i Ci, którzy mieszkali w Vukovarze, napadli na miasto. Oblężenie trwało trzy miesiące, gdzie miasta broniła garstka chorwackich ochotników i jego mieszkańcy, a najeźdźców było wielokrotnie więcej w dodatku dysponujących ciężkim sprzętem wojskowym. Nie było prądu, wody, żywności. Na miasto dziennie spadało około 12.000 pocisków. Zniszczone zostały domy, fabryki, port, kościoły. Zginęło prawie 8.000 ludzi. A kiedy 18.11.1991 roku Serbowie po zmasowanym ataku zdobyli miasto, 30.000 jego mieszkańców wywieziono z miasta robiąc przy okazji czystki etniczne. Najstraszliwszy los spotkał pacjentów i personel miejscowego szpitala, który pomimo bombardowań działał cały czas podczas okupacji. Zniszczony całkowicie, pacjentów leczył w piwnicach i schronach. W tych właśnie piwnicach zostało założone małe muzeum upamiętniające te straszne chwile. Robi ono ogromne wrażenie. Na ściennych kafelkach jest opisana historia oblężenia, są klepsydry z nazwiskami wszystkich tych, którzy zginęli. W salach jest wystawiony sprzęt medyczny jakim posługiwano się w tamtych czasach, są łóżka z manekinami chorych. Jest też zachowana dziura w suficie po bombie, która spadła pacjentowi na łóżko, na całe szczęście nie wybuchając. Cały czas słychać głos lektora, który czyta nazwiska zamordowanych. W momencie zdobycia przez Serbów szpitala było w nim 261 pacjentów i osób personelu medycznego. W większości byli to starcy, kobiety (także w ciąży), dzieci. Wszystkich wywieziono do pobliskiej wioski Ovčary, gdzie ich torturowano, bito, a kobiety gwałcono. Po tych męczarniach wywożono ich samochodami w grupach po 20 osób, by wykonać egzekucję strzałem w głowę. Zakopani zostali w jednym masowym grobie. Po odkryciu tego grobu, nota bene przez Tadeusza Mazowieckiego będącego przedstawicielem ONZ, wydobyto ciała 200 zabitych. Po dzisiejszy dzień nie wiadomo co stało się z brakującymi ciałami 61 osób. Byliśmy w szpitalu, w Ovčarze i przy masowym grobie. Wszystko to jest niesamowicie smutne i przerażające. Szczególnie zaś Ovčara, miejsce tortur, a dziś miejsce upamiętniające tą okropną tragedię. W sali jest ciemno. Nad głowami świeci tylko 261 światełek symbolizujących zamordowanych. Pod światełkami są wyświetlane nazwiska osób pomordowanych, które spiralnie znikają w ziemi, jednocześnie słychać głos lektora wymieniającego te nazwiska. Na ścianach co chwile ukazują się podświetlane twarze ofiar. Podłoga jest betonowa z łuskami po nabojach. Wokół niej jest rynna, w której pokazane są różnego rodzaju pamiątki, znalezione przy zamordowanych. Wychodząc stamtąd byliśmy wstrząśnięci i wzruszeni. Czy musi, we współczesnym świecie, w cywilizowanej wydawałoby się Europie, dochodzić do takich okropnych zbrodni? Odwiedziliśmy jeszcze kolejne miejsce związane z okupacją Vukovara: cmentarz “branitelji” tego miasta. Pięknie utrzymany cmentarz, wśród zieleni z jednakowymi grobami. Większość napisów na grobach mówi, że leżą w nich młodzi ludzie, którzy oddali życie broniąc Vukovaru. Obok tysiące białych krzyży, bez jednego nazwiska , ale symbolika jest dostatecznie zrozumiała. Vukovar zostawił jeszcze jednego niemego świadka tamtych okropnych dni. To poważnie uszkodzona podczas oblężenia wieża ciśnień, z ogromnymi dziurami, popękanym betonem i wystającymi drutami. Wieża, którą widać praktycznie z każdego miejsca, swym wyrazem mówi wyraźnie: Nigdy więcej wojny. Chorwacja dziś pamięta o swoim mieście i jego mieszkańcach. Vukovar jest sukcesywnie odbudowywany. Słynne barokowe centrum nabiera powoli wyglądu sprzed wojny. Zniszczone doszczętnie: klasztor franciszkański i kościół św. św. Filipa i Jakuba (crkva sv. Filipa i Jakova) też już zostały odbudowane. Tylko nieliczne domy przypominają chwile tragicznego oblężenia. Miasto tętni normalnym życiem. Co roku cała Chorwacja czci pamięć Vukovaru, a główne uroczystości, poświęcone tej tragedii, obchodzone są w tym mieście. Miasto Vukovar zostało uznane jako miasto bohaterem. Tylko czy trzeba było tyle tragedii, nieszczęść i krwi? Trochę przybici tym co zobaczyliśmy postanawiamy wracać na naszą kwaterę. Dość tych wrażeń na jeden dzień. Przed snem jedziemy jeszcze na kolację. Wszak Slawonia słynie z fantastycznej kuchni, a w Baranii kuchnia ta ma ścisłe powiązania z węgierską kuchnią. Wybór padł na restaurację Kovač Čarda w Suzie. Restauracja z zadaszonym tarasem i w regionalnym wystroju. Specjalnością są potrawy z ryb słodkowodnych (patrz dunajskich). My zamówiliśmy „Fiš paprikaš”. To rodzaj rybnego gulaszu z dużą ilością papryki, szczególnie tej ostrej, podawanego ze specjalnymi kluseczkami. Potrawa była robiona dopiero po naszym zamówieniu, stąd trzeba było na nią trochę poczekać. Warto jednak było. Na stole pojawił się dymiący kociołek z gulaszem, a na osobnej misce kluseczki. Zapach rozchodził się wokoło. Smak był równie dobry co rozchodzący się zapach. Dobrze, że zamówiliśmy taki średnio ostry, a i tak wydawało się nam, że w ustach mamy ogień. Na stole stało na całe szczęście dobre, zimne, białe, wino. Całość była wyśmienita. Nasyceni do bólu, wracamy na naszą „kwaterę”. Przy księżycu i lampce wina oglądamy zdjęcia i przeżywamy jeszcze raz miniony dzień. Jutro kolejne „zagłębie winne” – Ilok. Wyruszamy dość wcześnie, wszak trochę mamy przed sobą kilometrów i zwiedzania. Ilok mała mieścina nad Dunajem, otoczona z trzech stron Serbią. Może nie jest to koniec świata, ale na pewno koniec Chorwacji. Gdzie by nie jechać i tak dojedzie się do serbskiej granicy, przepraszam do granicy z Autonomiczną Republiką Wojwodiny. O Iloku mówi się jednak, że to dunajskie królestwo wina i antyku. Pierwsze zapisy o mieście pochodzą z XIII wieku, a występuje ono pod nazwami: Wjlok, Wylhoc i Inwlak, choć i za czasów rzymskich znajdowała się tu osada. Swój złoty okres miasto przeżywało w XV wieku za czasów panowania Nikola Iločkoga, bana Slawonii i pretendenta do chorwackiej korony. Wtedy to zostały wzniesione mury obronne miasta i wybudowany został kościół św. Jana Kapistrana (sv. Ivan Kapistran) wraz z klasztorem franciszkanów, w którym pochowany jest św. Kapistran. Wszystko to stoi do dnia dzisiejszego. Z czasów panowania tureckiego ostały się dwie budowle: grób jakiegoś wodza tureckiego (turba) i łaźnia (hammam). Po Turkach nastąpił drugi okres rozwoju miasta, kiedy przybyła książęca rodzina Odescalchi. Wybudowali swoją rezydencje w piwnicach, której do dnia dzisiejszego przechowuje się wina oraz swoją letnią rezydencję tzw. Principovac. W pałacu Odescalchi znajduje się dziś miejskie muzeum z bardzo bogatymi zbiorami. Po obejrzeniu tego wszystkiego, łącznie z przepięknymi widokami na majestatyczny Dunaj, kierujemy się do piwnic firmy „Iločki Podrumi” tzw. starych piwnic (stari podrumi) mieszczących w w/w pałacu. Zostajemy poczęstowani lampką wybornego „Traminaca”, a przewodnik opowiada o historii winnej latorośli, której uprawa sięga czasów iliryjskich i rzymskich. Najlepsze winogronowe pola znajdują się na łagodnych zboczach okolicznego wzniesienia o nazwie Fruška Gora.

W piwnicach z niezliczoną ilością beczek o różnej pojemności, od początku daje się wyczuć specyficzny klimat, spowodowany odpowiednią, jednakową temperaturą, wilgotnością no i przede wszystkim ich starością. Większość beczek jest dębowych, ale ich środki są różne w zależności od chęci uzyskania odpowiedniego gatunku wina. Króluje tu „Traminac”, doskonałe, białe wino znane na całym świecie (pijany na dworze brytyjskiej królowej Elżbiety II), ale najmniej chyba w Polsce. Nie znaczy to, że nie ma tam innych win, a jakże są również np. wyśmienite czerwone wina: „Kapistran Crni” i Frankovka crna (wino czerwone w Chorwacji określane jest jako wino czarne „crni”). Oglądamy tam również betonową beczkę z 1909 roku, wyłożoną w środku taflami szklanymi, o pojemności, bagatela, 56 140 litrów. Jak każda szanująca się winnica tak i ta posiada w swoich piwnicach winne archiwum w postaci butelek wina z różnych okresów. Gros butelek pokrytych jest już grubą warstwą kurzu i pajęczyny. Tu muszę przytoczyć opowieść przewodnika z czasów ostatniej wojny serbsko-chorwackiej. Otóż, kiedy Serbowie zajęli Ilok, a co za tym idzie i piwnice, w beczkach znajdowało się około 400 000 litrów różnych win. Serbowie wylali całość wina do kadzi i zrobili z tego rakiję. Proszę mi wierzyć, że podczas tej opowieści w oczach i na twarzy opowiadającego dostrzegłem wyraźną pogardę, brak szacunku i dezaprobatę . Po wyjściu z piwnic nie pozostało nic innego jak zaopatrzyć się w parę butelek iločkich win. Z perspektywy czasu stwierdzam, że kupiliśmy ich za mało. Jedziemy jeszcze do letniej rezydencji Odescalchi znajdującej się poza miastem. Ten dzisiaj hotel wraz z restauracją, będący własnością firmy „Iločki Podrumi” usytuowany jest na wzniesieniu, z którego rozpościera się przepiękny widok na okolicę, ale przede wszystkim na bezkresne pola winnej latorośli. Nacieszywszy oczy jedziemy dalej do Đakovca. Po drodze przejeżdżamy przez senne i spokojne Vinkovci. Z braku czasu nie zatrzymujemy się w nim. Chcemy jak najszybciej dotrzeć do Đakovca, by obejrzeć monumentalna katedrę św. Piotra (sv. Petar) oraz zajrzeć do stadniny koni lipicańskich. Katedra naprawdę robi wrażenie. Jej dwie wysokie na 84 m wieże oraz 59 metrowa kopuła wraz z licznymi „dobudówkami” sprawiają, że katedra jest majestatyczna i budzi szacunek. Podkreśleniem tego wszystkiego jest imponująca fasada z ogromną rozetą nad głównym wejściem. Wnętrze również zapiera dech w piersiach. Wszystkie ściany i sklepienia pokrywają freski w niebieskiej tonacji. Oprócz tego podziwiać można piękne malowidła ze scenami biblijnymi. Z tym wszystkim idealnie współgra ołtarz główny wraz cyborium znajdującym się przed nim. Wychodzimy z katedry, wybudowanej w XIX wieku przez biskupa Josipa Juraja Strossmajera, zachwyceni. Biskup ten jest główną postacią tego miasta. Posiada tu swoje muzeum, przed którym stoi jego pomnik. Niedaleko katedry rozpoczyna się miejscowe korso z licznymi kafejkami (nie omieszkaliśmy skorzystać z jednej z nich pijąc jak zwykle bardzo dobrą kawę) i restauracjami. Na końcu korsa, za fontanną, mieści się maleńki kościół Wszystkich Świętych (crkva Svih Svetih) z XIV wieku. W czasie panowania Turków był meczetem stąd wystrój jest mocno orientalny. Po krótkich poszukiwaniach trafiamy do Państwowej Stadniny (Državna Ergala Đakovo) hodującej konie lipicańskie (nazwa koni pochodzi od miejscowości Lipica w Słowenii, gdzie rozpoczęła się hodowla tych koni). Konie te rodzą się kare lub skarogniade, by po około siedmiu latach zmienić maść na siwą. Te niskie i silne konie, za czasów Monarchii Austro-węgierskiej, były tresowane w Hiszpańskiej Dworskiej Szkole Jazdy w Wiedniu (czynione jest to zresztą po dzisiejszy dzień). Szkoli się je do wykonywania odpowiednich kroków i figur podczas pokazów musztry. Podziwiamy te piękne koniki, a także powozy, do których kiedyś były zaprzęgane. W stadninie jest również szkoła jeździecka i ujeżdżalnia, a także małe muzeum pokazujące ponad 500 letnią historię stadniny. Jedziemy jeszcze do Ivandvoru, niedalekiej wioski, gdzie na łąkach wypasają się swobodnie poruszające się kobyły i źrebaki. Tu też można zauważyć różnicę w kolorze starszych i młodych koni. Obejrzawszy to wszystko wracamy do bazy, by pójść na kolację. Trochę w ferworze zwiedzania zapomnieliśmy, że jeść też trzeba. Tym razem padło na Karanac i Etno restoran „Baranjska Kuča. Czytając kartę dań zainteresowała mnie pewna nazwa dania: „pijana svinja”. Stwierdziłem więc, że to będę jadł. Moje szczęście wybrało bardziej tradycyjnie, czyli Mješano mjeso s roštilja (różne mięsa pieczone na grilu). Po dokonaniu zamówienia, na czas oczekiwania, zostaliśmy zaproszeni przez kelnera do przy restauracyjnej wioski etnograficznej. To było coś niesamowitego. Mogliśmy oglądać jak kiedyś ludzie żyli, pracowali i odpoczywali. Mogliśmy obejrzeć kuchnię, sypialnię, warsztaty rzemieślnicze: fryzjerski, kowalski, ślusarski, klomparski (wyrób drewniaków), produkcji oliwy i wiele innych, a także karczmę z dawnych czasów. Kiedy nasze dania były gotowe zostaliśmy poproszeni do stołu, mogąc się delektować zamówionymi frykasami. Gwoli wyjaśnienia „pijana svinja” to wieprzowy karczek (albo łopatka nie wiem) pieczony z odpowiednimi przyprawami (nie wiem jakimi, bo nie chcieli mi powiedzieć) nadziewany miejscowym twarogiem też z przyprawami i śliwkami. Powiem tylko: to było wyśmienite. Nasyceni duchowo (etnograficzna wioska) i cieleśnie (wspaniałe jadło i picie) mogliśmy spokojnie wrócić do miejsca odpoczynku. Jutro, na nasze nieszczęście, ostatni dzień pobytu w Slawonii. W dniu tym chcemy zapoznać się z dziką przyrodą regionu, czyli z Parkiem Przyrody „Kopački Rit” i zobaczyć „Tikveš” myśliwski domek Josipa Broz Tity, w którym gościł wiele znakomitości tego świata. A jak zostanie czasu to wszystko inne czegoś my jeszcze nie zdążyli dotychczas zobaczyć. „Kopački Rit” położony jest w miejscu gdzie rzeka Drawa wpada do Dunaju. To powoduje, że przez większą część roku są to tereny podmokłe i i bagniste. Najwięcej zalanych terenów jest na wiosnę, kiedy stany wód obu rzek zdecydowanie się podnoszą. Podczas naszego pobytu ustępowały dopiero wody z wiosennych roztopów (fala na Dunaju miała 9 m wysokości). Takiej powodzi nikt z miejscowych wcześniej nie widział. Raj dla ptaków, płazów, gadów i owadów, których jest tu multum (szczególnie komarów i to takich co najgrubsze ubranie przebiją). Wiele występujących gatunków ryb powoduje, że jest to również raj dla wędkarzy. W broszurze o parku wyczytałem, że całkowita powierzchnia parku wynosi 231 km2, a na jego terenie żyje 44 gatunków ryb (szczupaki, sumy, karpie, karasie, pstrągi i inne), 11 gatunków żab, 290 gatunków ptaków (w tym orliki, bociany czarne,warzęchy, czaple, czy dzikie kaczki), z tego 144 na stałe. Do tego trzeba dodać ssaki: jelenie, sarny, dziki, borsuki i wiele rodzajów nietoperzy (po chorwacku šišmiš – podoba mi się ta nazwa). Nie można pominąć także bardzo bogatej flory: wierzby, topole, dęby, które nierzadko liczą sobie ponad 600 lat, czy licznie występujące różnego rodzaju rośliny takie jak lilie wodne czy storczyki. Do parku najlepiej dostać się od miejscowości Kopačevo. Dociera się najpierw do informacji turystycznej, gdzie można uzyskać wszelkie informacje i broszury o parku oraz kupić bilety na stateczki wożące turystów po jednym z kanałów. Jadąc dalej przejeżdża się przez charakterystyczną bramę informującą, że jest się na terenie „Parku Prirode Kopački Rit”. Chcieliśmy popłynąć stateczkiem, by być bliżej przyrody, ale trzeba by było czekać ponad godzinę. Postanowiliśmy więc pospacerować wzdłuż brzegu jeziora Sakadaš, nacieszyć oczy pięknem przyrody, a płuca świeżym powietrzem. Jedziemy dalej, co chwila zatrzymując się, by móc podziwiać i robić zdjęcia wspaniałych terenów parku. W pewnym momencie przejeżdżamy koło pastwiska z pasącymi się na nim krowami. I nic by nie było na tym, gdyby nie to, że krowy wydały się nam jakieś dziwne. Były białe i miały o wiele większe rogi niż nasze krowy. Na szczęście kawałek dalej była informacja i wszystko się wyjaśniło. To slawońsko-sremski gatunek krów o nazwie „Podolac” charakteryzujący się dużą odpornością na temperaturę, stąd na pastwiskach przebywają przez cały rok. Na obrzeżach parku znajduje się wioska Tikveš z kompleksem pałacowym o tej samej nazwie. Już sam dojazd to niesamowita atrakcja, bowiem jadąc drogą mieliśmy wrażenie, że jedziemy w zielonym tunelu. To za sprawą rosnących drzew wzdłuż drogi, łączących się koronami nad naszymi głowami. Kompleks pałacowy Tikveš zbudowany został pod koniec XIX wieku przez Habsburgów, by można tu robić wypady na polowanie. Nie przetrwał jednak I wojny światowej, uległ bowiem spaleniu. Odbudował go król Jugosławii Aleksander. Po II wojnie światowej było to ulubione miejsce polowań Tity. Podczas bratobójczej wojny pałac zajmowali Serbowie, którzy nie potraktowali go łagodnie, stąd w obecnej chwili jest remontowany. Przebywali w nim także przez krótką chwilę Franjo Tuđman i Slobodan Milošević podczas haniebnego spotkania, w którym obaj przywódcy, pomimo toczących się krwawych walk pomiędzy ich narodami, ustalali podział Bośni i Hercegowiny. Opodal pałacu znajduje się kaplica z tego samego okresu co i pałac. Mała jednonawowa kapliczka jest pod wezwaniem papieskiego błogosławieństwa (Kapela papinog blagoslava). To na cześć naszego papieża Jana Pawła II, który w 2003 roku po raz trzeci odwiedził Chorwację, a w tym Osijek i Đakovo. W kaplicy znajduje się Księga apostolskiego błogosławieństwa podarowana przez papieża. W jednym z już odrestaurowanym budynku znajduje się informacja turystyczna i małe muzeum przyrodnicze. Największy jednak podziw i zachwyt budzi wspaniała zieleń otaczającej nas przyrody i ta niesamowita cisza, przerywana jedynie odgłosami ptaków i latających owadów. Pięknie tam jest. Nie chce się nam odjeżdżać, ale stwierdzamy, że jest jeszcze trochę innych rzeczy do obejrzenia. Tym razem kierunek na Batinę, małą mieścinę, a w zasadzie wioskę znajdującą się nad samym Dunajem. Wcześniej jednak zatrzymujemy się w Zmajevcu, miasteczku „płynącym” winem. Tu prawie każdy mieszkaniec uprawia winną latorośl. My idziemy do gospodarstwa winnego rodziny Gerštmajer. Wybraliśmy tą rodzinę, bo w jednej z restauracji piliśmy ich Graševinę i bardzo nam smakowała. Gospodarstwo to w porównaniu z tymi, które widzieliśmy dotychczas wydaje się być miniaturowe. Areał upraw to „tylko” 12,5 ha, a piwnice też takie jakieś małe. Za to wino jest wyborne. Nawet miejscowi mówią, że Graševina Gerštmajera nie ma sobie równych (Gerštmajerova Graševina je bez premca). I rzeczywiście jest wyśmienita. Pozostałym winom: Pinot sivi, Traminac, Rajnski rizling też nic nie brakuje. Zaglądamy do tych „małych” piwnic kosztując po trochu piwnicznych dobroci. Przy okazji dowiadujemy się, że rodzina ma korzenie węgierskie, co wcale w tym regionie nie jest niczym dziwnym, bo około 30% tutejszej ludności pochodzi z Węgier. Oj długo moglibyśmy tam pobyć, bo trunki dobre, a i gospodyni bardzo gościnna. Kupujemy jednak parę butelek i ruszamy w dalszą drogę. W Batinie w zasadzie nic ciekawego nie ma poza tym, że leży na samych rubieżach Chorwacji i jest tu niesamowita cisza i spokój. Jest jeszcze jedno co przyciąga tu turystów. Mianowicie na wzniesieniu „Banskog brda” stoi monumentalny pomnik poświęcony Armii Radzieckiej i partyzantom, którzy w 1944 roku stoczyli tu krwawe walki z niemieckim okupantem. W walkach zginęło około 2 000 żołnierzy radzieckich, a w masowym grobie znajdującym się w miejscu postawienia pomnika pochowanych jest 1297 żołnierzy. Pomnik, z 27 metrowym obeliskiem, powstał w 1946 roku i jest dziełem chorwackiego rzeźbiarza Antoniego Agustinčića. Muszę w tym miejscu napisać, że sam pomnik jak i teren wokół niego jest na bieżąco utrzymywany w czystości i konserwowany. Nie ma żadnych napisów ani graffiti. A co najważniejsze nikt nie myśli o jego wyburzeniu. Wręcz przeciwnie, daje się tam zauważyć powagę i szacunek dla minionych wydarzeń. U nas chyba nie jest to możliwe. Jeszcze jedno. Spod pomnika roztacza się kapitalny widok na całą okolicę nie wyłączając Dunaju. Wracając do naszej bazy zatrzymujemy się w centrum Kneževi Vinogradi, bo tam znajduje się największa spółdzielnia winna w tej okolicy, a myślę, że i w całej Slawonii, jak nie Chorwacji – Vinski Podrum „Belje” (taką nosi nazwę to przedsiębiorstwo). Jej protoplastą był Książę Eugen Savojski, który jako właściciel tych ziem rozpoczął uprawę winnej latorośli XVII wieku. Dzisiaj spółdzielnia posiada około 800 ha winnic i rocznie produkuje około 8 milionów litrów wina. Wzdłuż części winnych pól prowadzi tzw. „vinska cesta”. Dwanaście kilometrów drogi wzdłuż upraw winnej latorośli. W piwnicach znajduje się niezliczona ilość dębowych beczek o pojemności od 10 do 25 tys. litrów, a oprócz tego 21 tys. butelek wina, które niejako stanowią winne archiwum. Wina te nie są na sprzedaż. Zostawiając butelki z każdego zbioru, są one historią winnicy. Najstarsza butelka pochodzi z okresu międzywojennego. Oczywiście byliśmy w piwnicach, które niedawno zostały odnowione łącznie z beczkami tam znajdującymi się. Nie obyło się bez zakupów, ale już bez degustacji, bo chcieliśmy przejechać jeszcze „Vinskom cestom”. I to był strzał w dziesiątkę. Nigdy nie widzieliśmy czegoś takiego. Droga, nota bene asfaltowa, a wokół niej same winogrona. Gdzie okiem sięgnąć winna latorośl. Trochę nam to przypominało, oczywiście w o wiele mniejszym wymiarze i przy dobrej wyobraźni, drogę przez bezludne tereny zachodnich stanów USA. Tak nam się ta droga podobała, że przejechaliśmy nią dwukrotnie. Pora było jednak wrócić do kwatery by się spakować, wszak jutro rano (na žalost) rozpoczynamy powrót do domu. Jak to wszystko szybko przeleciało. Została jednak jeszcze jedna kolacja. No to jedziemy. Do „Vinariji Josić” w Zmajevcu. Restauracja z wystrojem regionalnym i dania podawane też są regionalne. Niestety większość na zamówienie, gdzie na przyrządzenie trzeba czekać około 40 minut, a w przypadku Čobanca (rodzaj gęstej, mięsnej zupy), zamówienie trzeba składać kilka godzin przed przyjściem do restauracji. My zamawiamy przeto gotowy gulasz z „niokama” (rodzaj drobnych kluseczek). Oj grzało w ustach grzało, ale za to było bardzo dużo mięsa. Po raz kolejny życie uratowało nam dobre wino. Z rozrzewnieniem i smutkiem, ale najedzeni do syta opuszczamy „vinarije”. Przecież to była ostatnia kolacja i ostatnia noc w tym jakże przyjaznym regionie, kraju. Jakby batem strzelić, tak szybko minęło dziesięć dni beztroskiego życia. Rano kończymy pakowanie, kupujemy ogromne arbuzy po 1 zł za kilogram i jedziemy stroną chorwacką, czyli przez Našice, Virovitice, Đurđevac, Koprivnice, Čakovec. Tym to sposobem zamknęliśmy pętlę, bo od Čakovca rozpoczęliśmy naszą wędrówkę po Chorwacji. Dalej to już Słowenia, Węgry, Słowacja, Czechy i Cieszyn. Przejazd bez większych problemów. Nie ma więc o czym pisać. Na koniec powiem, że jesteśmy bardzo zadowoleni z naszego pobytu w Chorwacji. Niesamowity Hvar i piękna Slawonia zachwyciły nas bezgranicznie. Sarajewo też nami wstrząsnęło. Z pewnością jeszcze tam kiedyś wrócimy, a wszystkim jadącym nad Adriatyk polecamy zahaczyć o Slawonię i pobyć tam parę dni. Nie dość, że piękne tereny to i ruch turystyczny o wiele mniejszy, a ceny o połowę mniejsze niż na wybrzeżu. Po raz kolejny, a tych pobytów było parę, przekonaliśmy się, że Chorwacja jest piękna i to nie tylko ta nadbrzeżna. Dobrodošli u Hrvatsku.

 

Artykuł oraz zdjęcia zaczerpnięto za zgodą autora ze strony: http://www.mojachorwacja.eu

Bezpośredni link do artykułu:

http://www.mojachorwacja.eu/drupal/?q=node/71

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij