Z PLECAKIEM – Blog podróżniczy

Chorwacja 13.07. – 23.07.2009 r.

13.07. – 23.07.2009 r.


Kolejny rok i kolejne wczasy w Chorwacji i jak zwykle w willi Kostović w miejscowości Seget niedaleko Trogiru. W tym samym składzie, co w zeszłym roku jedziemy tym razem przez Słowację, Węgry i Słowenię. Trasa zdecydowanie tańsza, bo jedyne koszty, jakie trzeba ponieść to koszt przejazdu autostradą w Słowacji w wysokości 10Eu. ale wiem, że nie pojadę już więcej tą trasą. Droga przez Słowację nie jest najlepsza, nawet autostrada, na której wykonywanych jest szereg remontów i wciąż trzeba znacznie zwalniać. Koszmarem jest natomiast droga na Węgrzech od zjazdu z autostrady na Szombathely aż do granicy ze Słowenią. Koleiny, dziury w drodze, ciągłe ograniczenia szybkości nawet do 30 km/godz. no i tysiące tirów, które trzeba wyprzedzać i omijać. Gdyby jednak chciał ktoś jechać tą trasą to podaję w miarę dokładny jej przebieg. Wyjazd z Cieszyna w kierunku Słowacji (przejście graniczne w Svrćinovcu) do Żiliny a stamtąd autostradą D1 do Bratysławy. Dalej na Budapeszt autostradą D2 i drogą szybkiego ruchu 15. Na terenie Węgier autostradą M1 do zjazdu nr 160 w kierunku Szombathely (dla samochodów osobowych ten odcinek autostrady jest bezpłatny) a dalej cały czas drogą 86 aż do granicy ze Słowenią w miejscowości Redics-hatar. W Słowenii należy przejechać przez miasteczko Lendava ( po przejechaniu granicy na pierwszym rondzie skręcić w lewo, bo dalsza jazda na wprost wyprowadzi na słoweńską autostradę A5 a to kosztuje jedyne 35Eu) i kierować się drogą 109 do przejścia granicznego z Chorwacją w Mursko Srediśće. Dalej drogą 209 do Čakovca stamtąd do autostrady A4, która prowadzi do Zagrzebia a dalej „jedynką” na Split.
Myśmy właśnie tak jechali z tą różnicą, że z  Čakovca skierowaliśmy się na Varaždin, by zobaczyć to piękne barokowe miasto z przepięknym varaždinskim zamkiem i uroczą starówką. Miasto to było najjaśniejszym punktem naszej podróży i wszystkim, którzy tamtędy będą przejeżdżać polecam żeby, choć na chwilę wstąpili i pospacerowali po nim.

Spacerując po Varaždinie podziwialiśmy jego przepiękną architekturę. Prawie każdy budynek na starym mieście jest zabytkiem o nieprzeciętnym wyglądzie reprezentującym różne style sztuki z przewagą stylu barokowego. Wielkie wrażenie zrobił na nas „Stari Grad„,czyli varaždinska twierdza otoczona pięknym parkiem. Wielokrotnie przebudowywana reprezentuje dziś styl eklektyczny, bowiem jest to mieszanina gotyku, renesansu i baroku. Warto również zwrócić uwagę na budynek ratusza mieszczący się przy pl. Tomislava,
przy którym to placu znajdują się też piękne pałace: Ritzów i Draškoviciów. W tym ostatnim mieściła się siedziba bana, kiedy Varaždin był stolicą Chorwacji (1767-1776). Stolicą byłby pewnie dłużej, gdyby nie fakt, że wielki pożar zniszczył to piękne miasto. Całe szczęście już po czterech latach zostało ono odbudowane. Nie zostało jednak ponownie stolicą kraju, lecz zawsze stanowiło bardzo ważny chorwacki ośrodek administracyjny i gospodarczy. Nie sposób przejść obojętnie koło varaždinskich budowli sakralnych takich jak katedra Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny czy kościół Franciszkanów. Przy kościele franciszkańskim znajduje się rokokowy pałac Pataćiciów a trochę dalej pałac Herzerów. Wymienione nazwiska to wszystko nazwiska możnowładców, którzy żyli w Varaždinie i tworzyli jego historię.
Od 1971 r. w Varażdinie w miesiącu wrześniu, co roku organizowany jest festiwal pod nazwą „Varaždinske Barokne Večeri”, podczas którego odbywają się liczne koncerty muzyki barokowej w nowej interpretacji. Festiwal ten jest bardzo ważnym wydarzeniem kulturalnym Chorwacji a uczestniczą w nim muzycy i śpiewacy z całego świata. Godna zobaczenia jest też uroczysta zmiana warty przed ratuszem, która wykonywana jest przez varażdinskom straż miejską, tzw. „purgari, ubraną w piękne niebieski grenadierskie uniformy. Odnotowujemy jeszcze jeden fakt dotyczący miasta, mianowicie Varaždin słynie z produkcji parasolek.
Po spacerze oraz po wypiciu bardzo dobrej kawy z nowymi wiadomościami o Varaždinie ruszamy w dalszą drogę, jako, że do Trogiru zostało jeszcze trochę kilometrów. Droga mija nam bez większych problemów i dość szybko, co nie wątpliwe jest zasługą doskonałych chorwackich dróg. Do willi „Kostović” docieramy późnym popołudniem. Nasz apartament „czeka” na nas, ale my po rozpakowaniu się zaraz pędzimy na plażę by wskoczyć jeszcze do „Jadranskog mora” i odwiedzić naszą konobę ZULE. Tym to sposobem rozpoczynamy nasze kolejne wczasy mając w planie, oprócz plażowania, zobaczyć wiele ciekawych miejsc, których w naszej ukochanej Chorwacji nie brakuje.
Upał – tak można po krótce scharakteryzować nasze dni, kiedy przebywaliśmy w Chorwacji. Stąd nasze częste pobyty na plaży a co za tym idzie „moczenie” się w ciepłych wodach Adriatyku. Nie znaczy to, że tylko plaża nas interesowała. Postanowiliśmy pojechać do Parku Narodowego rzeki Krka. Byliśmy tam wprawdzie kilka razy, ale tym razem postanowiliśmy popłynąć statkiem przez Visovaćko Jezero na wysepkę o tej samej nazwie, co jezioro i dalej pod Rošski Slap czyli pod jeden z siedmiu wodospadów utworzonych przez rzekę Krka. Po śniadaniu wsiadamy do samochodu i ruszamy w kierunku Šibenika jadąc drogą mniej uczęszczaną i nie tak atrakcyjną jak droga wzdłuż wybrzeża, ale za to krótszą przez miejscowość Vrpolje. Miejscowość ta, jak i inne znajdujące się przy tej drodze, słynie z grilowanej „janjentiny” i „odojaka” ( jagnięcie i młode prosię). Jadąc można zauważyć specjalne piece do przyrządzania tych specjałów, w których obracają się całe jagnięcia czy prosiaki. Na smakołyki te przyjeżdżają tu smakosze z całej Chorwacji. My jednak jedziemy dalej mijając  Šibenik i kierujemy się, na Skradin miejscowość, w której zaczyna się (albo kończy –jak to woli) park narodowy. Mało, kto wie, że to jedno z najstarszych miast Chorwacji, bo podobnie, jak Trogir założone zostało w III wieku przed naszą erą przez greckich kolonistów z wyspy Vis i nazwane Scardona. Miasto położone w głębi lądu, ale z dostępem do morza, jako, że rzeka Krka właśnie do miasta Skradin jest żeglowna. Ładnie położone miasteczko miało dość burzliwe dzieje, jako, że po Ilirach byli tu Rzymianie. Potem miasto zniszczone zostało przez Awarów i Słowian. W XVI wieku przybyli tu Turcy, czego dowodem jest cebulasta „głowa” dzwonnicy. Nawet podczas ostatniej wojny z Serbami miasto uległo poważnemu zniszczeniu. Teraz jednak miasteczko „otwarte” jest dla wszystkich turystów, którzy chcą wędrować po pięknych terenach parku. Wsiadamy na statek (w cenie biletu) i płyniemy w górę Krki prawie pod sam Skradinski Buk. Jako, że jesteśmy pod wodospadem „drapiemy” się schodkami w górę podziwiając po drodze piękne widoki spadającej kaskadami wody. Na górze oprócz pięknych widoków oglądamy różnego rodzaju urządzenia napędzane wodą a służące kiedyś mieszkającym tam ludziom. Są to między innymi żarna (duże kamienne koła mielące ziarno) czy folusz (urządzenie do zmiękczania wełny i lnu). Idziemy dalej do kolejnej przystani skąd stateczkiem płyniemy na wyspę Visovać na rozlewisku rzeki Krka o tej samej nazwie, co wyspa a dalej do kolejnego wodospadu Rošski Slap.
Wysepka w zamierzchłych czasach była zajmowana przez pustelników by potem przejęli ją Franciszkanie budując na niej klasztor i kościół (dziś w klasztorze jest muzeum z dość ciekawymi zbiorami). Zakonnicy opuścili wyspę na okres, kiedy dotarli tu Turcy, by ponownie na nią powrócić i pozostać na niej do dziś. Krótki spacer po urokliwej wysepce i dalsza podróż w kierunku wodospadu. Rzeka zwęża się tworząc kanion. Wzdłuż rzeki ciągną się wapienne skały a w najwęższym i najwyższym miejscu zarówno z prawej jak i z lewej strony widać ruiny twierdz warownych. Widoki niezapomniane. Wreszcie podpływamy pod wodospad, który zresztą widzimy już od dłuższego czasu, jako, że w głównym nurcie spada on kaskadą o wysokości 15 m. Kiedy się jednak zbliżamy do niego widzimy, że tych kaskad jest więcej w różnych miejscach. Przyroda stworzyła kolejne miejsce, którego człowiek nigdy nie byłby w stanie zbudować. Sama nazwa „Rošski slap pochodzi od zamku „Rog”, którego ruiny dzisiaj ledwo są widoczne. Zatrzymujemy się w małej przystani i idziemy na krótki spacer zatrzymując się po drodze w wiejskiej „konobie”, w której jemy smaczny „pršut” i ser owczy racząc się przy tym pysznym domowym winem. Jako, że skwar leje się nieba popularnością cieszą się płytkie studnie, do których woda spada małymi wodospadzikami. Zanurzając się w nich turyści chłodzą się a zapewniam, że woda w nich była zimna.
Po krótkim odpoczynku wracamy na statek i płyniemy z powrotem mogąc jeszcze raz podziwiać piękne widoki stworzone przez przyrodę. Jesteśmy zgodni. Warto było popłynąć na tę wycieczkę i zobaczyć kolejne piękne miejsca, w których przyroda odgrywa pierwszoplanowe role a człowiek tylko pilnuje by nic się w tej materii nie zmieniło.
Kilka kolejnych dni spędzamy na plaży leniuchując do „bólu”. Wyjątek stanowił dzień, w którym wybraliśmy się do Splitu niestety nie z „wizytą kurtuazyjną” a „odwiedzić” szpital. Jeden z chłopców miał problemy z żołądkiem na tyle poważne, że wizyta w szpitalu była konieczna. Na całe szczęście skończyło się tylko na przyjęciu przez niego kroplówki. Tu pozwolę sobie na parę informacji o pomocy medycznej dla Polaków. Polska i Chorwacja mają podpisaną umowę, dzięki której za pomoc medyczną nie trzeba płacić a turysta polski jest traktowany na tych samych zasadach, co Chorwaci. Oczywiście dotyczy to tylko nagłych wypadków i zachorowań wymagających interwencji lekarza. Jeżeli ktoś zachoruje powinien zgłosić się z paszportem lub dowodem osobistym (radziłbym jednak mieć w takich wypadkach paszport) w najbliższej „ambulancie” (odpowiednik naszej przychodni) a tam już lekarze zajmą się chorym udzielając bezpośredniej pomocy lub kierując w poważniejszych przypadkach do szpitala. Ewentualne lekarstwa przepisane przez lekarza wykupuje się na podstawie recept w „ljekarnah”, w których również stosuje się zniżki – podobnie jak u nas. Za pobyt w szpitalu również się nie płaci.
Przykre momenty zostawiamy za sobą i myślami jesteśmy przy kolejnej wyprawie tym razem mamy zamiar odbyć rejs statkiem wokół wysp Kornati, których część stanowi kolejny chorwacki park narodowy założony w 1980 roku. Wyruszamy samochodem do miejscowości Murter znajdującej się na wyspie o tej samej nazwie. By dojechać na miejsce musimy jechać przez miejscowość Tisno (Ciasno), w której znajduje się zwodzony most łączący stały ląd z wyspą Murter. Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że rejs nie odbędzie się. Powodem silny wiatr i wysokie fale uniemożliwiające bezpieczną żeglugę. Trochę zawiedzeni wracamy, ale by nie zmarnować dnia postanawiamy pojechać do leżącego nieco na północ Zadaru – pięknego, starego miasta z wieloma fantastycznymi zabytkami. To stare miasto pamiętające czasy Illirów ( miasto nosiło wtedy nazwę Idassa), później Rzymian, którym zawdzięcza dzisiejszy układ urbanistyczny i 30 kilometrowy akwedukt, doprowadzający wodę z jeziora Vransko. Kolejne losy miasta podobne były do innych miast wybrzeża z tym, że Zadar uważany był za stolicę Dalmacji. Wiele zabytków czyni to miasto bardzo atrakcyjnym turystycznie. Należałoby tu wymienić najbardziej charakterystyczną budowlę, czyli kościół św. Donata, czy Kościół NMP (crkva od Marije) z dzwonnicą wybudowany na przełomie XI i XII wieku. Kolejne miejsca godne uwagi to muzea: Narodowe i Archeologiczne, Katedra św. Anastazji, Cerkiew św. Eliasza, Brama Morska, Plac Pięciu Studni i Narodni Trg. Spacerując po starówce i podziwiając te piękne budowle cały czas słychać było dziwne dźwięki dolatujące od strony wybrzeża. Miały niespotykane brzmienie i tworzyły pewną całość układając się w niesamowity koncert. Na wyjaśnienie tej zagadki nie musieliśmy długo czekać. Koncert ten wykonywany był przez fale morskie na „organach” wbudowanych w wybrzeże. Morskie organy mają kształt szerokich stopni prowadzących w kierunku morza, pod którymi znajdują się otwory, z których wydobywają się dźwięki. Cały sekret organów to 35 rur o różnej średnicy i długości znajdujących się pod stopniami i ustawionymi w taki sposób by uderzające w nie fale wydawały specyficzne dźwięki tworząc niepowtarzalny koncert. Mieliśmy szczęście, że wiatr tworzył dość duże fale a te w efektowny sposób grały na swoich organach. Tuż obok organów zaświeciło niedawno „Pozdrowienie Wschodzącego Słońca” dzieło architekta Nicole Bašićia. Pozdrowienia Słońca to okrąg o średnicy 22 m składający się z 300 wielowarstwowych płytek szklanych ułożonych w jednym poziomie z promenadą. Pod tymi szklanymi płytkami znajdują się fotonapięciowe słoneczne moduły, które w ciągu dnia absorbują słoneczną energię przetwarzając ją na elektryczną sieć napięciową. Z „najpiękniejszym zachodem słońca na świecie” włączają się i zapalają elementy wbudowane w okrąg według zaprogramowanego scenariusza tworząc niepowtarzalne widowisko świetlne w rytm fal i dźwięków Morskich Organów. Kompozycja ta tworzy niejako jedną całość z Organami Morskimi, realizując symboliczną łączność z przyrodą: Organy urzeczywistniają komunikację z dźwiękiem a Pozdrowienie Słońca ze światłem. Warto jeszcze dodać, że z Zadaru pochodzi jeden z największych budowniczych, architektów i rzeźbiarzy renesansu Juraj Matvejev Dalmatinac. Autor wielu wspaniałych budowli i rzeźb po obu stronach Adriatyku. Do najwspanialszego dzieła Dalmatinca należy zaliczyć Katedrę św. Jakuba w Szybeniku, wpisaną na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.
Pełni wrażeń wracamy do domu zatrzymując się po drodze na śibenickim moście nad rzeką Krka wpadającą w tym miejscu do morza. Z mostu tego bardzo często organizowane są skoki na „bungee”. Kolejny dzień z wieloma atrakcjami minął przyjemnie, ale i bardzo szybko. Mamy jednak przed sobą jeszcze parę dni. Czas, więc będzie na jeszcze jedną próbę, tym razem mamy nadzieję udaną, rejsu wokół Kornati. Wreszcie nastał dzień, kiedy ponownie ruszamy do miasteczka Murter. Tym razem bez przeszkód „mustrujemy” się na statku Bolivar i wyruszamy w rejs wokół wysp Narodowego Parku Kornati. Park obejmuje swoim zasięgiem 89 wysp, ale cały archipelag składa się z około 150 wysp. Miejscowi mówią jednak, że wysp jest tyle ile dni w roku. Wszystkie wyspy są prywatną własnością ludzi mieszkających w Murterze i na wyspie Dugi Otok. Kiedyś wyspy wyglądały inaczej niż teraz. Były zalesione, ale ludzie karczowali tereny by móc hodować na tych wyspach owce. Mówi się, że owce hodowane na wyspach są najlepsze a to, dlatego, że spożywają trawę, która jest słona, co powoduje, że mięso jest kruche i smaczne. W większości wypadkach wodę dla owiec trzeba niestety dowozić, bowiem wyspy pozbawione są jakichkolwiek źródeł pitnej wody. Gdzieniegdzie można zauważyć rosnące na wysepkach drzewa oliwne. To również pozostałości po gajach oliwnych, które kiedyś tam się znajdowały.
Wypływając z Murteru musieliśmy najpierw przepłynąć Murtersko More, by zbliżyć się do kornatskich wysp. Wreszcie na jednej z nich dostrzegamy napis „Nacionalni Park Kornati”. Oczom naszym ukazały się przepiękne wyspy porośnięte trawą przebijającą się przez skały. Tu i ówdzie rosły samotne jakby zapomniane drzewa często smagane morską bryzą. Mijamy jedną za drugą wyspy. Każda piękniejsza od poprzedniej. Wypływamy na pełne morze mając wyspy po prawej stronie. Teraz dopiero ukazał się nam widok zapierający dech w piersiach. Od strony pełnego morza wyspy spadają do niego stromymi klifami, (przez miejscowych zwanymi „kronami”) nierzadko sięgającymi osiemdziesięciu metrów. Morskie fale, słońce, deszcz i wiatr przez miliony lat pracowały wytrwale, by stworzyć te różne kształty i formy urwisk skalnych. Patrząc na te skały można było dostrzec kształty ludzi, zwierząt i formy abstrakcyjne a nawet Sfinksa (urwisko to nazwano zresztą skałą Sfinksa). W pewnym momencie kapitan tak posterował statkiem, że płynęliśmy tuż przy klifach mając je wydawałoby się na wyciągnięcie ręki. Niesamowite wrażenia, niesamowite widoki zmieniające się z każdą przepłyniętą milą. Wszyscy turyści stali oniemieli z wrażenia zapominając czasami nawet robić zdjęcia. Płyniemy przez jakiś czas podziwiając te piękne, ale budzące grozę urwiska skalne. W pewnym momencie wpływamy jednak ponownie między wyspy i na jednej z nich (Kornat) widzimy ruiny twierdzy „Turety”, wybudowanej w czasach bizantyjskich (około VI wieku), której celem było prawdopodobnie zabezpieczanie i kontrola żeglugi. U podnóża twierdzy widzimy kolejny zabytek z czasów bizantyjskich – starocerkiewna trójnawowa bazylika. W zasadzie to z bazyliki pozostała część apsydy i fundamenty pozwalające określić jej wielkość (30m x 13m) a to z kolei pozwala przypuszczać, że w tamtych czasach mieszkała na wyspie znaczna ilość ludzi. Przed ruinami bazyliki w czasach średniowiecznych wybudowany został skromny jednonawowy kościółek „Gospe od Tarca”. Po dziś w każdą pierwszą niedzielę lipca odbywa się tu msza, na którą przypływają przeważnie mieszkańcy Murteru by potem już u siebie bawić się i urządzać „feštę” (festyn). My płyniemy dalej zatrzymując się na wyspie Levrnaka. Znajduje się na niej „konoba” i piękna plaża, z której wchodząc do wody ma się pod nogami piasek (ewenement). Mankamentem pobytu na tej wyspie był fakt, że nie tylko my do niej przybiliśmy, ale i inne statki stąd zrobiło się trochę tłoczno. Jednak piękno przyrody i lazur morza wynagradzają wszelkie niedogodności. Po powrocie na statek otrzymujemy smaczną rybkę z grila, do której poczęstowano nas smacznym winem. Przepływając pomiędzy wyspami Dugi Otok i Kornat mijamy Park Przyrody Telašćica i niestety od tego miejsca rozpoczyna się powrót do Murteru, do którego zawijamy koło 17.00. Zapomniałem dodać, że w pewnym momencie rejsu mieliśmy dodatkową atrakcję: zobaczyliśmy płynące delfiny butlonose. Piękny widok.


Wracając już samochodem w miejscowości Tisno musimy się zatrzymać na jakiś czas, bo podniesiono most zwodzony by umożliwić przepłynięcie statkom i łódkom. Dalej już bez przeszkód wracamy do domu zdając sobie sprawę, że to już jeden z ostatnich dni pobytu w naszej ukochanej Chorwacji ze świadomością jednak, że spędziliśmy ten dzień w cudowny sposób.
Resztę czasu spędziliśmy na plaży rozkoszując się słońcem i ciepłym morzem, spotykając się czasem ze znajomymi Chorwatami. Wieczory były pełne spacerów i odwiedzin przybrzeżnych knajpek, w których przy lampce wina lub kuflu piwa słuchaliśmy pięknej chorwackiej muzyki. Tradycyjnie w ostatni wieczór byliśmy na kolacji w konobie ZULE zajadając pyszne owoce morza i ryby. Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i następnego dnia rankiem wyruszyliśmy do kraju, do Cieszyna. Podróż – tą samą trasą – minęła bez większych przygód aczkolwiek droga przez Węgry to droga przez mękę. I tak zakończył się nasz kolejny jakże udany wyjazd do Chorwacji. Zostało nam jednak jeszcze wiele do zobaczenia, więc w następnym roku znowu ruszymy w tamtym kierunku. Jak wszystko dobrze się ułoży to ruszymy na Istrię, by po jej obejrzeniu przejechać wybrzeżem do naszego miejsca, do naszego Trogiru.

Artykuł oraz zdjęcia zaczerpnięto za zgodą autora ze strony: http://www.mojachorwacja.eu

Bezpośredni link do artykułu:

http://www.mojachorwacja.eu/drupal/?q=node/48

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close